9 błędów jakie możesz popełnić jadąc do Paryża

Jedziesz do Paryża. Spoko. Bardzo wow. Będziesz personifikować Ameliowy styl życia, puszczać kaczki do krystalicznie czystego kanału, spijać kawkę na opustoszałym Montmartre i czekać na północ na schodach Saint Étienne du Mont. Oprócz tego, że pewnie nie będziesz, bo połowę kasy wydasz na dojazd do czegoś, co w jakikolwiek sposób przypomina centrum miasta, drugą połowę kasy wydasz na alkohol, którym spróbujesz się upić żeby zapomnieć, że pokój, który wynająłeś okazyjne na Airbnb to typowy paryski sypialniokuchniołazienkodużypokój, a trzeciej połowy kasy nie wydasz wcale, bo nie przyjechałeś tutaj wydawać hajsy tylko napawać się duchem miasta światła, którego właściwie to jakoś nie czujesz więc personifikować Amelii nie będziesz.

Roszczę sobie prawo do opisywania miasta z pozycji snoba, które je zna ponieważ jestem snobem, które je zna pierwsze paryskie drzazgi (a gdzie, tam, to żadna metafora tylko #paryskieżycie) wbiłam sobie w stopy w wieku lat siedmiu i pół, pierwsze bąknięcia po francusku wydałam na dworcu paryskim w wieku lat szesnastu i pół, a w końcu mając lat dwadzieścia cztery (i udając, że to dwadzieścia jeden) wybyłam porządnie do Paryża na całą deszczową jesień i całą deszczową zimę. W tym roku, jak nakazuje tradycja miałam lat dwadzieścia ileś i pół i znowu przypomniałam sobie jak bardzo lubię pohejtować to miasto.

Nie zrozumcie mnie źle. Ja Paryż kocham, z nieregularną wzajemnością. Kocham, bo piękno zbawi świat, a patrzenie na płonący świat daje ogromną satysfakcję. Oba te suchary są by Fiodor D, więc bez hejtów proszę. W praktyce nieowianej nimbem petersburskich klimatów oznacza to tyle, że możesz się śmiać i śmiać z tej wieży Eiffela ile chcesz, ale jak wyzionie Ci ona nagle zza węgła, to buzię otworzysz. I za każdym otwierasz, nawet jak jest Ci zimno, ciemno, a Ty tęsknisz za ojczyzną pijąc piwo Tyskie, zresztą ono akurat ciepłe, to też otwierasz. Bo oto stoi przed Tobą najbardziej nieracjonalna rzecz świata, a co 55 minut jeszcze błyska światełkami. No proszę was.

I uważam, że też zasługujecie na moment dziecięcego potknięcia (tu się nie ma co śmiać, pierwsze co zrobiłam jako pacholę, zobaczywszy wieżę na własne oczy, to efektowne wypieprzenie się na żwirek i była to wielka szkoda, bo miałam na sobie nowe spodnie odszyte przez złotowski zakład produkcji ciuchów do Niemiec „Odzież”, swoją drogą spodenki owe były chyba męskie), a co jeszcze ważniejsze zasługujecie na to, żeby nie zrobić podstawowych błędów, które, co właściwie powinno być oczywiste, są błędami natury subiektywnej i jeśli pod mój dom zleci się komitet obrońców Luwru to pozwolę sobie całkowicie zlekceważyć jego postulaty.
Rozumiecie – jeśli macie bloga, to możecie mieć swoje zdanie na temat co jest cool w Paryżu i nikt wam nie może nic powiedzieć. Takie to proste, najpierw trzeba tylko zakupić szablonik do blogaska, ogarnąć wordpressa i z 10 razy wdepnąć w bezdomnego na peronie metro.

1. Oszczędzanie w Paryżu.

Wiem, mało to intuicyjna porada kiedy Google Analytics ciągle przypomina, że tylu czytelników to Poznaniacy. I mało intuicyjna to porada, skoro żyjąc w mieście światła mogłam pisać poradniki o tym jak przeżyć tu za polskie stawki stypendialne. Ale błagam was, nie psujcie sobie życia, Paryża i zębów licząc euraski na każdym kroku. Bo zaprawdę – możecie wylądować w noclegu, z którego nosa ze strachu nie wyściubicie po zmroku, możecie jeść kanapki zrobione jeszcze w Polsce i możecie nie zwiedzać nic poza Polami Elizejskimi, bo chodzenie po ulicy jest akurat za darmo, a na końcu i tak was okradną małe dziewczynki w metrze.
Jesteś w Paryżu, nie musisz wydawać fortuny, ale w poszukiwaniu kawiarni, w której kawa będzie 0,50e tańsza możesz stracić czas, który spędziłbyś przeżywając to, co każdy powinien przeżyć w Paryżu (hej, widzieliście Paris, je t’aime? Jezu, musicie! Zwłaszcza to.)

2. Pójście do Luwru.

Powiedziała Ania, która w ciągu pół roku była w Luwrze dwucyfrową ilość razy. No więc tak, chodźcie do Luwru, ale tylko jeśli macie mniej niż 26 lat (bo jest za darmo) albo dużo czasu w mieście. Bo to strasznie zajmujące jest taki chodzenie po Luwrze i strasznie niewielki jest współczynnik niesamowitych dzieł. Bo zgoda są mumie i zgoda jest Koronacja Napoleona, ale jak można szanować muzeum, które najpiękniejszy eksponat stawia na klatce schodowej? Żarty z Najki z Samotraki na bok odłożywszy jeszcze jedna poważna porada – nie jarajcie się Mona Lisą. To dosyć ciemny obraz formatu A4. A przynajmniej tak wygląda zza gromady ludzi z ajpadami.
OK, Luwr to nie jest szał, co jest więc szałem? Oczywiście, że d’Orsay. Powód pójścia tam jest taki, że albo zachwycicie się i na wieki pokochacie najwyższe piętro tego muzeum, albo nie zrobi to na was wrażenia, ale i tak połowa pytań z kategorii „Sztuka i Piękno” w Quizwaniu dotyczy obrazów tam wiszących, więc jakby warto.

3. Wjeżdżanie na Wieżę Eiffela.

Serio, najgorsze co można zrobić! To znaczy jeśli mieszkasz w Paryżu, to dla przyzwoitości możesz sobie wjechać. Ale jeśli jesteś w mieście na 4 dni to marnowanie czasu w kolejce, w windzie i na wierzchołku to nic innego niż, no właśnie marnowanie czasu. I to mnóstwa! Paryż to takie miasto, w którym jest wyjątkowo często pod górkę, a co za tym idzie, wyjątkowo często widok jest niebywały. Nie musisz na nic wjeżdżać. Możesz obejrzeć cudowny Paryż chociażby z ulicy Georges Lardennois gdzie mało kto zabłądzi, ale jak już zabłądzi to docenia, że zabłądził. Ze standardowych budynków – niech będzie Notre Dame, gdzie też odstoisz swoje, ale mimo wszystko mniej. I będziesz miał na zdjęciach Wieżę Eiffela!

4. Spacer po Montmartre.

To oczywiście podpucha, bo Montmartre to w gruncie rzeczy piękna sprawa, o ile atakuje się ją z dobrej strony. Niezależnie czy to Karakorum czy Himalaje czy Paryż, atak szczytowy musi być przemyślany. Można wchodzić jak wszyscy – od Pigalaka. Błąd polega na tym, że atak szczytowy będzie odbywał się w średnio mistycznym towarzystwie sklepów z najgorszym sortem pamiątek. Jak już to przejdziecie i dotrzecie do słynnych „ameliowych” schodów, które na żywo nie są tak piękne i puste czeka na was przeprawa przez armię nachalnych przedstawicieli handlowych (prawdopodobnie najważniejsza porada przed wyjazdem do Paryża – rączki przy sobie, ściśle przy sobie, bo ani się nie obejrzycie a już coś wam na nie założą). W końcu na samym szczycie też nie skupicie się zanadto na wbijaniu polskiej flagi, bo przeszkodzi wam w tym dziki tłum turystów i fakt, że z Montmartre widok co prawda piękny, ale po dwóch dniach w mieście rozpoznasz maksymalnie trzy budynki więc równie dobrze możesz podziwiać inną panoramę.
Jak się więc wspina na Montmarte? Od tyłu, głupcze! Wysiadasz na Lamarck-Caulaincourt, odwiedzasz cmentarzyk Wincenta, gdzie można pomiziać cmentarne koteły (tak serio to nie miziaj ich), a potem uliczkami malowniczymi jak Montmartre od przodu w filmach wspinasz się na górę. Wszyscy, którzy chcieli się w Paryżu oświadczać – nie dziękujcie, nie ma problemu.

5. Jedzenie francuskiego jedzenia.

Jedzenie w Paryżu. To nie jest może dziedzina, na temat której powinnam tworzyć elaboraty, ponieważ moja paryska dieta składała się z bagietek Tradition (na inne szkoda życia!), polskiego pasztetu i chipsów octowych. Ale wiem jedno – nie dajcie się nabrać na pseudofrancuskie knajpeczki w okolicach erupcji turystycznej gdzie za 15e zjecie zestaw największych francuskich przebojów. W sensie, jak bardzo chcecie to idźcie, to nie jest tak, że pewnie się zatrujecie. Ale nie liczcie, że zasmakujecie Francji za 15 jurków i w atmosferze fastfoodu Ale wszystko co najlepsze i francuskie możecie ogarnąć w najbliższym Carrefourze. A poza żabimi, ślimaczymi i confitowymi przebojami Paryż kusi kosmiczną ilością genialnego jedzenia. Falafele, pho, no i chipsy octowe. Po co jeść coś innego skoro można jeść chipsy octowe.

6. Spacer po Polach Elizejskich.

Nie no serio. Od kiedy Inter Marche postanowiło zmasakrować nieśmiertelny wydawałoby się przebój Joe Dassin słynne Szązelize nie mają już nam wiele do zaoferowania. Tak, jest to szeroka ulica, tak są drogie sklepy, tak widać Łuk Triumfalny. Ale nie lepiej pojechać do trzynastej dzielnicy na najlepszą azjatyckę kuchnię w waszym życiu? To znaczy w Azji może jest lepsza, ale nie wiem, nigdy dalej niż w Dniepropietrowsku nie byłam.

7. Wycieczka na grób Chopina.

ANIA NO CO TY.
A jednak, jednak! Jako autorka pojęcia „nekroturystyka” jakoś ściska mi gardło na samą myśl, że muszę komuś odradzić chodzenie po cmentarzu. Ale uwierzcie mi, jeśli czymś Paryż stoi to stoi pięknymi cmentarzami. I uwierzcie po raz kolejny, na każdym innym niż tym Chopinowskim (Père Lachaise konkretnie) jest dużo mniej Polaków. A Polacy za granicą na cmentarzach dostają swojego rodzaju nekrowścieklizny. Zwłaszcza, nie wiedzieć czemu, nad doczesnymi szczątkami Chopina. Śpiewom, modlitwom, okrzykom nie ma końca. Zwłaszcza w okolicach 1 listopada. Sama słyszałam Boże, Coś Polskę i Jeszcze Polska nie zginęła. No, ewidentnie.
Dla zapalonych nekroturystów krótki spis – Montparnasse jest piękny i niedoceniany, Montmartre jest pod mostem i z „Aleją Polaków” i ze Słowackim Juliuszem strategicznie umieszczonym jak najdalej owej alei, a cmentarz zwierząt w okolicach Asnières-sur-Seine po prostu zmiecie was z nóg.

8. Wizyta w Wersalu

No bo widzicie. W takim Poznaniu przykładowo z końca świata na drugi koniec świata dojedziesz całkiem sprawnie (chyba, że mieszkasz na Świerczewie, to tak jakbyś mieszkał w Wersalu, tam nic nie jeździ). Paryż to jest jednak duże miasto. I sama wycieczka do Wersalu to coś, na co warto brać kanapki. I fakt, całkiem tam ładnie, choć zaryzykuję twierdzenie, że o ile nie jesteś botanikiem, to jakoś specjalnie się nie różni od połowy paryskich parków. A jeśli jesteś rozgarniętym hipsterem to w ogóle pójdziesz do parku Buttes-Chaumont gdzie jest kiczowato-najpiękniej, a potem pójdziesz znaleźć ukrytą cerkiewkę Świętego Serdża, która i tak będzie zamknięta, ale zamknięto-najpiękniejsza. I co, nie jest lepsza cerkiewka niż Wersalik?

9. Nauka francuskiego

Od kiedy wiem, że francuski nie jest mi pisany? Od kiedy w liceum z rozszerzonym francuskim wystawiłam scenkę na temat tego, że Zinedine Zidane budzi się na ostrym kacu w górach i musi paść kozy (pozdrawiam współautorów i współaktorów), a potem dostałam za ten (wy)czyn cztery plus. A co to jest cztery plus? Cztery plus to jest proszę ja was policzek.
W związku z czym mój francuski sprowadza się do bardzo profesjonalnego „łe” (bo w Paryżu, mili państwo, nie mówi się „łi” ale „łe”) i tego, że umiem czytać i mówić. Ale słuchanie, słuchanie to inna bajka. Ogólnie języki mają cechę przerw między wyrazami. Francuski nie ma. Ma bardzo bardzo długie słowa, w które mieszczą się całe zdania. A ja nawet pizzy nie zamawiam po polsku z obawy, że nie zrozumiem pytań.
Dobra wiadomość – nikt z wami nawet nie będzie chciał po francusku gadać jeśli usłyszy choć krztę akcentu. Mówiąc językiem normalnych blogerek (i normalnych ludzi) – na spokojnie się dogadacie po angielsku. Jeśli chcecie uczyć się języka przed wyjazdem to podszkolcie rosyjski – „Beka z rozmów Rosjan na zakupach” to powinien być super popularny fanpage.

Nie demonizujmy Paryża. To po prostu strasznie duże miasto. A strasznie duże miasta mają to do siebie, że trochę śmierdzą i ujawnia się w nich więcej zwłok. Ale poza tym jest spoczi, a jak do głowy uderzy ci wino i świadomość, że tak pyszne wino kosztowało cię 2,5e to w ogóle jest super. Polecam. Drukujcie wpis, kupujcie dziewczynom pierścionki i lećcie do Paryża.

A zdjęcie stąd.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.