Agent Gwiazdy to najgorsza rzecz w telewizji? (czyli III część cyklu „o wyższości wszystkiego nad polską telewizją”)

Pamiętacie 2000 i 2001 rok? Ja pamiętam dobrze. Byłam w szóstej klasie, płakałam na zakończenie szkoły, na czterdziestych urodzinach mojej cioci samolot wbił się w północną, potem w południową wieżę World Trade Center, a Adam Małysz został królem naszych serc. Właśnie wtedy też cieszyłam się, jak mogło się tylko cieszyć dwunastoletnie dziewczę, że moja przyjaciółka posiada w mieszkaniu dwa telewizory i w niedzielne popołudnia możemy opuścić dorosłych wzywających niebiosa na pomoc Małyszowi, a zamiast tego usiąść na dywanie, odpalić telewizor wielkości ilustrowanej Biblii dla najmłodszych i gryźć paznokcie kiedy grupa najsympatyczniejszych ludzi w Polsce otwiera koperty z piórkami. Tak, tak moi drodzy – Agent to było coś.

Jeśli nie pamiętacie, to zobaczcie na YouTubie – połączenie genialnego castingu, charyzmatycznego prowadzącego i stosowanie się do pierwszego prawa Ani w Kinie (nie pamiętacie? a to czytajcie dalej, czytajcie) poskutkowało telewizyjną magią, która broni się po 15 latach, mimo uroczego klimatu „programu za pięć złotych”. Nie dziwota więc, że kiedy po latach próśb, gróźb i wznoszenia oczu do tych samych niebiosów, które Małyszowi zsyłały wiatr w plecy, TVN stwierdził, że Agent powraca zapiszczałam z radości. Jak się okazuje niepotrzebnie zupełnie, bo produkcja program wzięła, wymięła i wyrzuciła zdecydowanie nie do tej umysłowej szufladki, która do dzisiaj pamięta, że Arłukowicz + walkietalkie + MirekinformatykzLimanowej (#pozdrodlakumatych).

Tymczasem bierze TVN i robi nową edycję. Z nową prowadzącą, nowymi uczestnikami, nową filozofią telewizji bo przecież my Polacy zrobimy lepiej. Jest klops. I to nie taki z Ikei, żurawinka coś. Nie, nie! Taki klops jak na drugi dzień po mięsku, któremu zmielenie zrobi lepiej, ale nie robi dobrze i tak. I nie piszę tutaj typowego ranta dlatego, że to jest zły program – bo złej telewizji mamy dużo i nie o wszystkim trzeba pisać. Rantuję, komentuje i znowu najlepiej coś o tych niebiosach dlatego, że mając przygotowane wszystkie składniki zrobiono tak niewiarygodną masakrę, która obraża format. Ot, co – idealny temat na majowe przejmowanie się. A jakie grzechy popełnili ludzie od Agenta? O takie.

1. Niestosowanie się do pierwszej zasady Ani w Kinie.
Jaka to zasada? Ano taka, że program powinien być o tym, o czym powinien być. Wspominałam o tym przy okazji polskiej wersji mocno nastawionego na umiejętności (w wersjach innych krajów) Project Runway, z którego nad Wisłą zrobili koszmarek o wszystkim, ale na pewno nie o modzie. Wspominam o tym i teraz, bo Agent to genialny format, który opiera się na prostej zasadzie:
Grupa ludzi robi zadania – wśród nich jest „agent”, który dyskretnie je psuje – ludzie co odcinek zgadują kto jest agentem – ten kto zgadnie najgorzej, odpada.
Proste? Proste (i zajebiste wspaniałe).
I pewnie znajdą się tacy, co powiedzą, że halo przecież właściwie w programie Agent Gwiazdy też to mamy. Tylko, że nie, o czym w następnych punktach.

2. Gwiazdy
OJezu jaki to zły pomysł. Po pierwsze – w Agencie im mniej znamy ludzi „od kuchni” tym lepiej, bo produkcji łatwiej jest wybrać dobrego agenta i go przed nami schować nie chowając go jednocześnie do szafy. Po drugie – przecież ci ludzie się znają, co można jeszcze jakoś obronić, wszak wiele legend reality TV organizuje sezony typu „All stars” i ludzie też się tam znają. Ba! nawet zagraniczne edycje miały coś w rodzaju celebryckich sezonów, zresztą nieudanych i niepopularnych więc wystarczyło odrobić zadanie domowe i poguglować. Ale u nas padamy na kolana i podporządkowujemy format do statusu gwiazdorskiego. Czyli gadamy o gwiazdach, życiu gwiazd, relacji między gwiazdami, dzieciństwie gwiazd, pragnieniach gwiazd, przekonaniach gwiazd – o nieumiejętnych „confessionalach” made in Polen jeszcze będzie, ale tutaj zatrzymajmy się na tym, że po prostu w Agencie nie ma Agenta, są Gwiazdy. A przez to mamy program o panu Maćku Sieradzkym (swoją drogą jak można było tak nie wykorzystać potencjału człowieka, który dał nam jest już za późno żeby się nie cieszyć więc cieszę się bardzo), o pani Tamarze, o panu Tomku. A telewizja typu reality zazwyczaj nie jest o konkretnych osobach, zdecydowanie lepiej ogląda się typy/charaktery – czyli „nauczycielka po 50tce”, „pewna siebie prawniczka”, „rządzący się były wojskowy” – a w Agencie Gwiazdy takich typów nie mamy zbyt dużo (zwłaszcza u kobiet, nieładnie drodzy producenci – mała różnorodność, kilka jest w typie „młoda/ładna/bikini/lifestyle”, Dominika Tajner i Eva Rich są, z punktu widzenia telewizji, tą samą osobą, a gdzieś tam jeszcze paraduje Joanna Jabłczyńska czyli nasza „młoda/przemądrzała”. Jak widzicie kolejne zarzuty formują się same.

3. Zmienianie formatu, bo tak jest ciekawiej
Tajemnicą zapewne pozostanie czy pani Kinga Rusin w pierwszym odcinku nacisnęła nie ten przycisk i wyrzuciła tym samym nie tę osobę (teorie spiskowe zawsze na propsie), ale sekretem nie jest to, że przywrócenie do programu Antka Królikowskiego było głupotą jakiej dawno nie widzieliśmy. Przeanalizujmy więc możliwe sytuacje:
a. Antek K nie jest agentem i odpadł bo odpowiedział najgorzej na teście, ale wrócił bo kaprys.
Dajemy więc Antkowi K potężną przewagę w postaci wiedzy kto na pewno agentem nie jest (bo na tej osobie odpadł).
b. Antek K nie jest agentem i nie powinien był odpaść.
Czyli fakap (nad którym należało zresztą przejść do porządku dziennego i kontynuować grę bez Antka). Fakap, który sprawił, że zawodnicy wpadają w majndfak nie wiedząc co jest prawdą, a co nie, co zasadniczo zmienia format gry, w której produkcja nie ściemnia, ściemnia tylko agent. A fakapy i majndfaki w telewizji na wysokim levelu zdarzać się nie powinny.
c. Antek K jest agentem i nie powinien był odpaść.
Czyli fakap II – też do naprawy bez przywracania zawodnika (produkcja ma przygotowane opcje rezerwowe na Agentów, wystarczyło komuś z zawodników uświadomić, że hej! od dzisiaj jesteś agentem).
d. Antek K jest agentem i produkacja wymyśliła, że to świetny pomysł żeby namieszać zawodnikom.
Nie. Po prostu nie. I wiem, wiem, że jakiś tam australijski sezon Agenta też tak zrobił, że wziął i wyrzucił, a potem wziął i wrócił Agenta – zagranie, które zresztą wyszło bardzo średnio, znowu – wystarczyło zobaczyć co u innych się udało a co nie.

Dochodzimy też tutaj do dodatkowej warstwy – co producenci powiedzieli reszcie zawodników?
Mogli powiedzieć, że Antek nie jest Agentem ale dajemy mu jeszcze jedną szansę, tym samym zachowana zostałaby integralność zasad gry (Agent nie może odpaść), ale praktycznie uniemożliwiłoby to wygranie gry Antkowi, bo w finałowej trójce miałby 50% szans na wskazanie Agenta, a osoba wiedząca, że sama nie jest agentem – 100%.
Mogli powiedzieć (i wypowiedzi uczestników wskazują na to, że to powiedzieli), że Antek może być Agentem – tym samym pokazując uczestnikom, że są w programie, w którym „everything’s made up and the points don’t matter”.

Uff, ciężko, ale to naprawdę nie koniec „proceduralnych” błędów produkcji.

4. Machlojki
Absolutnie niedopuszczalnym jest to, żeby widz oglądający reality tv, myślał, że program jest ustawiony. A w przypadku Agent Gwiazdy mamy to kilkakrotnie w każdym odcinku. Kto wybiera uczestników do zadań? Produkcja, mimo że tradycyjnie wybierała ich grupa. Immunitety (bzdurny pomysł w konkursie, w którym kryteria odpadania są bardzo jasne) pojawiają się i znikają, ba! są odbierane wedle życzenia twórców programu. I uwierzcie mi, nie jestem propagatorką teorii, w której pan Miszczak sobie wybrał kto ma być zwycięzcą i teraz biedni producenci uwijają się jak mogą żeby to życzenie spełnić. Ale twórcy skutecznie zamieniają reality TV na operę mydlaną, zresztą z mydła szarego.

5. Okłamywanie widzów i uczestników.
Tym razem nie o „nieczystych” zagraniach, ale o idiotycznej teorii, w myśl której reality show Agent ma mieć poziom napięcia kina szpiegowskiego. Takiego reżyserowanego. Jako widzowie nie dowiadujemy się połowy rzeczy po to, żeby jakiś czas później jakiś uczestnik mógł nam łaskawie powiedzieć „jak by co, to jednak mam pięć immunitetów, dwa dżokery i rurkę, ale nie mówiłem wam tego”. Przychodzi, na ten przykład, pani Kinga i pyta „ile macie rurek, bo musimy ustalić kto będzie walczył o immunitet?”. Na co uczestnicy radośnie kłamią, produkcja ma to w nosie, a my dowiadujemy się na końcu.
Lekcja na przyszłość – w programie Agent chodzi o zachowanie Agenta, a nie o harcerskie zabawy w „kto wymyśli lepszą historię i nie powie o niej publiczności”. Format ginie w gąszczu tanich intryg, widzowie naprawdę przestają być zainteresowani tym, kto jest agentem. Ja przestałam.

6. Plastikowe confessionale
O co chodzi? O to, co nie ma ładnej polskiej nazwy (chociaż zdziennikarzeni ludzie nazywają to newsowo „setką”) czyli taką rozmowę 1 na 1 uczestnika z „kamerą”, których to fragmenty oglądamy co jakiś czas. Zacznijmy może od tego jak to wygląda w USA. Siada sobie pani producent bądź pan producent z uczestnikiem i zadaje pytania. Jeśli uczestnik daje szczere i interesujące wypowiedzi – świetnie, chwalimy uczestnika i zapraszamy częściej na confessionale. Jeśli jednak ktoś wypowiada się nudno, oszczędnie, sztucznie lub nie w tym kierunku, w którym produkcja sobie opowieść wymarzyła – to powtarzamy, prosimy o dopełnienie wypowiedzi lub, w przypadku, krnąbrnego uczestnika, obcinamy jego obecność na naszych ekranach. W rezultacie amerykańskie reality shows są poprzetykane błyskotliwymi wypowiedziami, które z jednej strony rozjaśniają nam sytuację w grze, a z drugiej pozwalają lepiej poznać danego zawodnika jako „postać” (bo to, że nikt nie jest sobą tylko jest „charakterem” to już wiecie). TYMCZASEM. Poza kilkoma naprawdę dobrymi wypowiedziami mamy głównie kozetkę i estradę. Kozetkowe wypowiedzi o tym, że „mnie nigdy nikt nie lubił”, powinny być absolutną rzadkością, a estrady powinno nie być w ogóle. Co mam na myśli pisząc o estradzie? Wyjęte wprost ze słabego kina szpiegowskiego wypowiedzi przetykane mądrością ludową i przysłowiami, które nie przybliżają nas do zrozumienia tego co się faktycznie dzieje w grze. Czyli prosimy o mniej ubierania prostego komunikatu w niewiele znaczące słowa pokroju „Może jestem niepozorny, ale mam w tej grze swoje tajemnice. Ktoś myśli, że jest mądry, ale nie jest. Trzymaj przyjaciół blisko, a wrogów bliżej. Kiedy czegoś bardzo pragniesz, to cały wszechświat sprzyja twojemu pragnieniu.”

7. Czyż nie dobija się koni?
Ostatni zarzut uformował się w czasie zeszłotygodniowego „finałowego” odcinka. Odcinka, który został na naszych oczach przemęczony w sposób, który nie powinien ukazać się naszym oczom w dobrym czasie reklamowym. Nawet nie pisząc zbyt długo o nudnym, ewidentnie zalepionym pierdołami odcinku, możemy poznęcać się nad zakończeniem. Co się dzieje na końcu programu Agent? Odkrywamy, kto wygrał, kto jest agentem, kto jest wielkim przegranym. Potem możemy zrobić reunion (czyli ten odcinek „na żywo”, który czeka nas dzisiaj) i pogadać z uczestnikami. Są formaty (chociażby Survivor), które zwycięzcę ogłaszają w czasie reunionu, ale ZAWSZE jest on emitowany tuż po odcinku finałowym. Czekać tydzień? Kaman, nikt nie ma na to czasu. No, ale Survivor jest montowany przez pół roku (właśnie po to, żeby opowiedzieć nam bardzo ciekawe historie), a nie przez dwa tygodnie – takie tam uszczypliwości.

A pozytywy, Aniu? Przecież siedzisz i oglądasz co tydzień. Ludzie oglądają, podobno całkiem dobre wyniki. Pewnie za rok czeka nas Agent Gwiazdy Dwa (lub Agent Gwiazdy Dwie). Cóż, pozytywem jest to, że ja po prostu bardzo lubię reality TV. Regularnie oglądam tylko te dobre produkcje (wspomniany Survivor, kultowy Project Runway czy rewelacja ostatnich sezonów – Ink Master), ale nawet polski babolek ogląda się od czasu do czasu przyjemnie. Problemem jest to, że zepsuliśmy format, który broni się 15 lat po premierze. Miałeś chamie złoty róg, a ostała Ci się pięknie wystylizowana Rusin.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.