Ania w Kinie? Nie, dzisiaj Damian w Gościach.

A dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj nie piszę ja, czyli Ania (w kinie i przed komputerem) tylko gość. Gość wie o polskich filmach niemało i niemało o nich rozmawiamy. Opinie nasze zazwyczaj się różnią, w zgodzonym zachwycie wyszliśmy chyba tylko z Idy. W dodatku gościowi zdarza się krytykować Pieprzycę, a do tego nie czytał Braci Karamazow. Wydawać by się mogło, że na dostojewskobojnym blogu Ani w Kinie, znaleźć się nie powinien. Ale ale, gość ten przybija piątki filmowym twórcom, bywa na festiwalowych bankietach, a do tego nie lubi filmów Kolskiego. Więc warto zapraszać go w gości i warto czytać jego gościowe występy.
Panie, panowie, pierwszy gość na blogu, prosto z kolejnego festiwalu i kolejnego przybijania piątek – Damian Grzesiński:

Fajnie jest być na festiwalach. Tak się szczęśliwie składa, że parę razy w roku mam okazję przebywać na co poniektórych i porozmawiać z (prawie) wszystkimi gośćmi. Moim zadaniem jest bowiem (współ)tworzyć tzw. kroniki festiwalowe, czyli krótkie materiały wideo relacjonujące każdy dzień festiwalu. W związku z tym czy chce czy nie, muszę pogadać z każdym z gości (właściwie ja to tylko nagrywam, a rozmawia jeszcze ktoś inny). Tydzień temu wróciłem z festiwalu, o którym pewnie nikt z Was nigdy nic nie słyszał (Kto słyszał? Wpisujcie miasta!) – 28. Tarnowskiej Nagrody Filmowej. Jak już pewnie wiele z Was sprytnie wydedukowało impreza odbywa się w Tarnowie (nie, nie Podgórnym, tym pomiędzy Krakowem, a Rzeszowem). Jak to jest być drugi raz na tym festiwalu? Doskonale.

Przy tak małym i rodzinnym festiwalu wszyscy się znają – z reżyserami mijasz się w korytarzu, a aktorom mówisz „dzień dobry” na śniadaniu. Mógłbym bardzo wiele pisać na temat serdeczności organizatorów, ale skupię się na głównych wydarzeniach i gościach, których warto było spotkać. Warto było spotkać Agatę Kuleszę. Pani Agata to niewielka kobieta z ogromną osobowością. To jedna z tych osób, które, jeżeli pytają Cię „może Pan usiądzie?” to siadasz choćby i na podłodze. Niemniej, jest to osoba bardzo miła i bardzo skora do rozmowy, więc za każdym razem podrzuca parę ciekawostek o filmach, w których grała. Czego się dowiedziałem? Dowiedziałem się, że w scenie samobójstwa Wandy w „Idzie” (nie widzieliście jeszcze Idy? Ups.) Kulesza nie korzystała z usług sobowtóra/kaskadera. Jak sama mówiła „To było na pierwszym piętrze, więc pod oknem zbudowano platformę, na którą trzeba było skoczyć. Moim zadaniem było szybko zniknąć z okna”. Dowiedziałem się też, że zarówno Smarzowski jak i Pawlikowski to twórcy, którym nikt nie będzie mówił jak ma wyglądać dana scena, bo doskonale wszystko wiedzą. Różnica polega na tym, że reżyseria Pawlikowskiego to laboratorium. Reżyser mógłby grać daną scenę aż do chwili, w której koń nie obróci się do kamery w odpowiednim momencie dodatkowo zarzucając grzywą. Dlatego potrzebny mu jest solidny producent, który pohamuje twórcze zapędy (bo inaczej film kosztowałby tyle, co roczny PKB Japonii).

Warto było także spotkać Zbigniewa Walerysia (Dionizy z „Papuszy”). Ten starszy Pan jest tak wyluzowany jak… nie wiem – Ania w Kinie? Nosi trampki i bluzę z kapturem (wszystko w tonie, bez przesady) i do wszystkich się uśmiecha. Jego historia związana z tym filmem właściwie rozpoczęła się wtedy, gdy zakończył swoją współpracę z Teatrem Nowym w Poznaniu. Rola w „Papuszy” okazała się być ważniejsza niż teatr, a dyrektorski zakaz grania gdzie indziej niż w Teatrze okazał się być daremny. Zbigniew Waleryś rzucił pracę, by grać u małżeństwa Krauze (yup, thats true). Jednak opowiadał o tym z takim zadowoleniem, jak człowiek, który zrzuca z ciebie jakiś ogromny ciężar. Jak sam mówił teraz jest wolnym człowiekiem, a dzięki filmowi zwiedził sobie Europę i połowę świata. Dodatkowo, gdzie nie pojedzie przywozi nagrodę (tak też było w Tarnowie).

Poza tymi dwiema postaciami zostało bardzo wiele osób, których warto było poznać, i z którymi warto było porozmawiać. Zachęcam też wszystkich, którzy jeszcze nigdy na festiwalu nie byli do wizyty. Jedźcie, poznajcie ludzi i przekonajcie się, że w gruncie rzeczy „Ci wielcy” niczym się od nas nie różnią.
Ja żałuje jednej rzeczy. Przez splot okoliczności, nie udało mi się zobaczyć „Papuszy”. Zgadnijcie jaki film wygrał w Tarnowie?

Najważniejszą rzeczą na festiwalu to jednak filmy. Tarnowska Nagroda Filmowa to swoiste podsumowanie filmowe minionego roku. Dyrektor artystyczny Jerzy Armata (zwany pieszczotliwie Panem BumBum) wybiera najlepsze jego zdaniem polskie produkcje z ostatniego roku i pokazuje je tarnowskiej publiczności (nie takiej znowu przypadkowej). I tak, w repertuarze kina Marzenie znalazły się: tzw. Wielka Czwórka, czyli „Ida” Pawlikowskiego, „W imię” Małgośki (Czy jest już fan page „Beka z Małgośki”? lol), „Chce się żyć” Pieprzycy i „Papusza” duetu Krauze, „Obietnica” Kazejak, „W ukryciu” Kidawy- Błońskiego, „Pod Mocnym Aniołem” Smarzowskiego, „Kamienie na Szaniec” Glińskiego, „Jack Strong” Pasikowskiego, „Psie pole” Lecha Majewskiego, „Bilet na księżyc” Bromskiego i „Zabić bobra” Kolskiego. Nie będę komentował Wielkiej Czwórki, bo o tych filmach mówiło się już dużo, a o niektórych, nawet za dużo. Postaram się jednak wypunktować kilka pozycji.

„W ukryciu” – film, w którym bardzo podobał mi się zamysł scenariuszowy. Konsekwentna i spójna historia o dwóch kobietach (Polce i Żydówce) żyjących w czasie II wojny światowej w Polsce. Polka decyduje się ukrywać Żydówkę, jednak wpada w pułapkę. Pomiędzy kobietami rodzi się uczucie, któremu jednak tylko Polka daje się ponieść. Niestety pociąga to za sobą poważne konsekwencje. To film, w którym podobała mi się konstrukcja, trochę mniej reżyseria. Film utrzymany jest w klimacie nieco podniosłym a, gra głównej bohaterki (Magdalena Boczarska) epatuje czasami teatralnością i egzaltacją. Wszystko może przysporzyć szybkiego poczucia przejedzenia. Może to styl Kidawy- Błońskiego, którego trzeba lubić?

Myślę, że tak samo trzeba lubić styl Jana Jakuba Kolskiego. Ja nie należę do entuzjastów tego stylu, jednak uważam, że „Zabić bobra” to dosyć ciekawe dzieło. Opowiada o byłym komandosie, który – na to wygląda – ma do wypełnienia tajemniczą misję. Życie komplikuje mu jednak młoda mieszkanka okolicznych wsi. Nie mogę tutaj nie zauważyć roli Eryka Lubosa, jednak koniec, choć zaskakujący, przysparza wiele wątpliwości. Nie mogę tu niestety więcej powiedzieć, bo zdradziłbym cały zamysł reżysera. Niemniej trzeba powiedzieć, że wydaje się jednak nieco śmieszna ta walka z bobrami (z bobrami? really?), a gdy już w końcu okazuje się o co w tym wszystkim chodzi, ma się poczucie „aaaa no tak, czyli znowu film o tym”. Film jednak godny uwagi, warty obejrzenia dla gry debiutującej młodej aktorki i utrzymania stylu, którego sam reżyser określa jako styl kolorów spod ziemi i wymieszanego piasku z wodą.

Jack Strong Sir! czyli największe rozczarowanie roku. Być może stało się tak dlatego, że wcześniej czytałem biografię Kuklińskiego, ale ten film zdecydowanie mi się nie spodobał. Wiele ciekawych wątków szpiegowskich zostało pominiętych, bardziej skupiono się na wątku politycznym i konflikcie radziecko – amerykańskim. Żałuję też, że w ogóle nie pokazano przyjaźni, jaka wytworzyła się pomiędzy Kuklińskim a jego amerykańskim „Prowadzącym”. Zamiast tego obserwujemy, klasyczne dla Pasikowskiego, żale (tym razem łamiącego się Zomowca) przy wódce, satyryczne przedstawienie radzieckiego gen. Kulikowa i pseudoamerykańskie sceny pościgu Fiatów 125, Polonezów i Tarpanów (to naprawdę widać, że te samochody nie jadą szybko). Oczywiście w tle słowa zachwytu Amerykanów i przerażający obraz Sowietów (którzy palą zdrajców w piecach omg!).

Kamienie na Szaniec – zdecydowanie słaby film. Jedynym plusem jest tu gra młodych aktorów, którzy za chwilę będą stanowić czołówkę polskiej sceny aktorskiej. Niestety fabuła, w której Zośka mści się na Niemcach, którzy torturowali Rudego (miałem uprzedzać, że to spoiler?) niczym Hitman czy Max Payne wypada po prostu niewiarygodnie. Poza tym czuć w tym wszystkim jakąś rękę TVNu, czyli wszyscy chłopcy grają w czyściutkich i upranych płaszczach ze świetnego materiału i pomieszkują w pięknych mieszkaniach. Nic, że wojna. Poza tym, śmierć Zośki (wiedzieliście to prawda? czytaliście książkę przecież) jest przykładem jak zrujnować mit bohatera, który budowaliśmy przez cały film. Zośka umiera bowiem cicho, szybko i zdecydowanie niebohatersko. Wszystko ok, ale nie w kontekście, w którym widać, że przez cały film to jego postać była mocno budowana.

Więcej już nie napiszę. Powiem tylko tyle, że rok 2013 był, póki co, najlepszym rokiem we współczesnej historii polskiej kinematografii. I, wbrew pozorom, nasze kino nie jest tylko o gejach, lesbijkach i Żydach. A jak nie obejrzycie wszystkiego to przeczytacie u Ani. U Ani w Kinie. (Chociaż podobno ja się nie znam).

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.