Córki Dancingu – recenzja

Na Córki Dancingu miało być odświętnie. Nie zważając na śnieg, mróz i zawieruchę zapakowaliśmy się do mojej czerwonej Jesusity i pojechaliśmy na koniec świata. I to pragnę zauważyć, bo może nie wiecie, że Poznań jest bardzo porządnym miastem i tak wielu końców świata to znowu nie ma. Ale jest moloch zwany Kinepolis, którego w fantazyjnym kaprysie bądź przypływie nadziei urbanistycznej ktoś ulokował tak daleko, że właściwie koniec świata wydaje się przywilejem, dotychczas na moim blogu rezerwowanym wyłącznie dla Świerczewa. A jest Kinepolis kinem ogromnym, niegdyś szczycącym się największą powierzchnią w Europie. Ja, jak przystało na mieszkańca Prowincji, powierzchnię kinową mam raczej w nosie, a skupiam się na tym, że Kinepolis to taka Ameryka. Groteskowa, bo te szerokie korytarze z gwiaździsto-pomarańczowymi wykładzinami są raczej puste, a dostępu do biletów w Nowy Rok strzeże mocno skacowany pan bileter. (Ale obsługa była bez zarzutu. Wolę z kacem niż z zarzutem, ot co!)

Po co pojechaliśmy na koniec świata? Zobaczyć Córki Dancingu rzecz jasna. I kiedy już usiadłam w sali z satysfakcją skreślałam ludzi z listy: obowiązkowe rozpiszczałe nastolatki Gierszałówki, pan z panią, bo gosposia Ojca Mateusza tu gra, w końcu kilku ludzi żywo zainteresowanych debiutem Agnieszki Smoczyńskiej. Na spokojnie. Wtem – do sali wpada gromada 4 + 6 ludzi, z których czwórka dopiero następnego dnia miała być skacowana bo ewidentnie leczyli się klinem przez pół noworocznego popołudnia. Szóstka nie była lepsza – zdjęli oni śniegowce i rozłożyli się w pozycji ginekologicznej. Wiem, wiem – tak jest wygodnie – ale przyrzekam, nawet kiedy skręciłam sobie kostkę, która po kilku godzinach seansów festiwalowych przypominała balonik, kulkę, względnie ucieleśnienie obu czyli Szarika – nawet wtedy, w pustym kinie, nie rozwaliłam się na fotelach tak jak oni. Tutaj zaznaczam, że na pewno w tych okolicznościach bym to zrobiła, ale moja mama wie co to klasa i mi zabroniła. A niech dziecko kuśtyka pół życia, na festiwalu wiochy robić nie będzie, słusznie zauważyła. Po co tak obfite opisy skoro ludzie chcą czytać o dancingu, córkach i dlaczego tak niska ocena na Filmwebie? Po to, że seans, przez miłych towarzyszów, do łatwych nie należał. Oprócz filmu doświadczyłam więc też rozmowy pewnej pani z mamą przez telefon, bo przecież akurat nic nie mówią w filmie to można gadać, samozwańczych poprawek do scenariusza i głośnego kończenia każdego wypowiedzianego zdania, oraz bezwzględnie bezcennego uczucia oglądania dancingu w smrodzie alkoholu.

I głupie to, bo akurat kiedy zapadała cisza, klimat filmu wciągał mnie niesamowicie i dałabym pewnie się zaciągnąć do mętnych wód Wisły, Warty czy Głomii. Państwu współoglądającym film się natomiast nie spodobał, bo miała być komedia, śpiew i #cycki, a tu jakieś syrenki, w ogóle o co chodzi. I ci ludzie wystawiają oceny na Filmwebie – nie słuchajcie ich, ok? Posłuchajcie mnie.

Technicznie, jest magia. Są piękne foty, piękna muza, doskonała charakteryzacja (mój wybredny w rozgryzionych gardłach na ekranie współoglądacz pół drogi z końca świata się pewnym rozgryzionym gardłem zachwycał – ale może to ten syreni śpiew tak wiedzie na manowce). Kostiumy, dźwięk (jeju, wszystko słychać!), poetyka – naprawdę wszystko się zgadza.

Oprócz technikaliów ja w całości kupuję wyprawę w świat brokatu, cekinów i byłaśsercabicia lat 80tych, które tak pięknie zmienia się na naszych oczach w patolę, smród i pobitegary. I pani reżyserka nie stoi nad nami i nie pokazuje palcem „widzicie drodzy widzowie? Oto jak naprawdę wyglądała rzeczywistość tych ludzi! Proszę się przyjrzeć!”. I te syrenki – cudowny środek między niewinnością, a złem, miłą odmianą od ogranej do porzygu (porzyg na ogół też wtedy widzimy) historią dziewczyny ze wsi, która trafia w sam środek brudnego miasta.

A wiecie co jest piękne? To musical! Nasi sąsiedzi kinomani musicali nie rozumieją, o nie nie! Bo to takie głupie, że ktoś przymierza buty i śpiewa. Ja musicale lubię, zwłaszcza z taką ścieżką dźwiękową (kto po wyjściu z kina nie nucił sobie, że jest smutny jak cholera ten, no właściwie jest smutny jak cholera). I z taką obsadą.

Bo obsada jest błyszcząco-perełkowa – i Kinga Preis, która wreszcie może coś pograć i Marcin Kowalczyk (w podwójnej roli), i Kuba Gierszał i Andrzej Konopka. Co z tymi syrenkami? Obsadzone niby po warunkach – zakładam, że nie jest łatwo znaleźć dwie urodziwe, niesepleniące, rytmiczne i do tego skłonne do rozbierania się aktorki – a mimo nie odstające od czołówki w sposób dramatyczny. I na dodatek i na pocieszkę dodam, że Michalina Olszańska o pięć pięter jest tu lepsza od drewnianego występu w Anatomii Zła.

Czyli co, macie iść? A pewnie, macie! Tylko nie wtedy jeśli przeraża was wizja musicalu o krwiożerczych syrenkach i smacznego acz uderzającego do głowy koktajlu z PRLu, blichtru, zagryzania ludzi i morskiej piany. Wtedy nie idźcie.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.