Czy #wszystkogra?

A jak myślicie? No, oczywiście, że nie wszystko gra, bo, jak to często w życiu bywa, ktoś poszedł pod zakupy i nie kupił kawałka kiełbasy dobrze podsuszonej. Jeśli w Bullerbyn mogą zrobić taki fakap, to czemu nie w Warszawie? W naszym przypadku zabrakło dość istotnego elementu – scenariusza.

To znaczy, wiecie, coś na kształt historii mamy. Mamy przede wszystkim, bo bohaterkami są kobiety – trzy. Pani nestorka Celińska, która przyjmuje uczni i uczy ich grać sonaty. Pani snująca się Preis, która po nocach snuje się po korytarzach muzeum (gdzie sprząta), o poranku snuje się nad Wisłą, a po południu snuje się na drabinie majstrując przy słupie wysokiego napięcia. Kompletu dopełnia pani Rycembel czyli półwandal, półartysta. Owe panie posiadają (lub nie, to zależy jak zapatrujecie się na wynik gier, w których dama bije króla) ogromny dom gdzieś w zielonej części Warszawy. Czyli profit. Lub, jak się okazuje nie, bo pewien wredny pan dopatruje się własności w owym domu, a że księga wieczysta zaginęła, to wygląda na to, że trójka naszych pań musi się wynieść.

Historii dopełnia jeszcze smutny los piłkarza, który nie piłkuje tylko pije dzień w dzień, ale nie lękajcie się! Z alkoholizmu wyleczy was miłość do Kingi Preis. Do tego najmłodsza bohaterka musi wybrać pomiędzy stażem w Londynie, a ratowaniem domu (jak sądzicie, co wybiera? Hazard, jak prababcia!). I zanim naskoczycie na mnie mówiąc, że to brzmi jak scenariusz, do tego nieoczywisty – bo i kobiety i ten piłkarz z tą nienajmłodszą i te karty – to od razu uprzedzam was, że w pewnym momencie film się po prostu kończy. Ot tak, mamy końcową scenę i napisy. Do tego druga połowa filmu opiera się na schemacie: piosenka + dwa zdania + piosenka, która w ogólny sposób jakoś z tymi zdaniami się łączy. Czyli źle, nawet jak na musical.

Do tego jest całkiem sporo absurdów. Po pierwsze w filmie jest wielka tajemnica, której odkryciu towarzyszą trąby anielskie i wpatrzone oczy twórców „ale fajna zagadka, nie? ale wymyśliliśmy, nie?”. Wiecie jaka to tajemnica? Otóż prababcia chatę wygrała w karty z Pawlickim. Whomp, whomp, whomp. Zresztą Pawlicki idąc rżnąć w karty zabrał ze sobą nieporęczną replikę owego domu – widać, hazardowa developerka nie była mu obca. Dom jest wielki – naprawdę, wielki nawet jak na moje wioskowe standardy, ale panie mieszkanki w mądrości swojej nie wpadają na podreperowanie sytuacji finansowej poprzez wynajęcie jego części. I widać, że gdzieś tam miała się pojawiać jakaś baśniowa stylistyka, jakiś może realizm magiczny, ale wszystko ugrzęzło z powodu scenariusza spisanego, jak mniemam na 3 kartkach papieru. Formatu A5. Ach i ten hasztag. #ojeja.

Jako teledysk, #wszystkogra ogląda się bardzo przyjemnie. Kasa na zdjęcia, dźwięk, choreografię i scenografię się naprawdę zgodziła. Nie kuleje też gra aktorska – zatrudniono sprawdzonych pierwszoligowców z przecudownym Stroińskim na drugim planie. Młodzi też nie są drewniani, Rycembel jest urocza, a Karolina Czarnecka już naprawdę powinna dostać gdzieś główną rolę, bo takiej charyzmy nie ma większość jej koleżanek (i większość jej kolegów). Śpiewają też bez zarzutu (no, Fabijański tak trochę może gorzej, ale jeśli mierzymy rozwój względny – czyli ten od podnóża kariery, a nie od poziomu morza, to Fabijański zmienił się bardzo od pierwszych, jak szumiące buczyny drewnianych, występów aktorskich).

Udało się też nie zmasakrować piosenek, większość z nich ma bardzo ciekawe aranżacje (złego słowa nie dam powiedzieć o Nie Dokazuj, wreszcie jakiś dobry męski głos w tym filmie!). Oczywiście, można ponarzekać na ich dobór, z którym poradziłby sobie skrypt napisany przez niedoświadczonego programistę czyli mamy na przykład scenę, w której to Eliza Rycembel zdradza matce i pramatce, że po nocach maluje murale. Matka na twarzy ma wypisane zagubienie, zdziwienie i „nie wiem kim jest moja córka”. Bip, bip robi komputerek, czas na piosenkę „Naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt” (taak, tytuł ma inny, wiem). Albo – pijane dziewczęta latają po mieście. Miasto jakie? Warszawa! No to lecimy z „Warszawą”. Oczywiście, zawsze lepiej usłyszeć w filmie T.Love niż nie usłyszeć, ale oczywisty dobór piosenek spełniłby się bardziej gdyby cała ich treść odpowiadała sytuacji, a nie, na przykład, jeden wers.

No, ale to już przyczepianie się. I chociaż (pod wpływem presji rówieśniczej) dałam filmowi wczoraj 4 na 10 punktów, to wiecie – nie rozboli was od niego głowa. A pewnie wyjdziecie i będzie guglować czyja jest ta piękna piosenka na końcu. To znaczy wy pewnie nie będziecie, bo wiecie że Grechuty, ale niektórzy będą. I jeśli mamy mieć film, po którym więcej osób zna „Świecie nasz” to pewnie lepiej niż gorzej, nie?

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.