Demon

No i jest problem z tym Demonem. Jest problem, bo nie potrafię oddzielić tego co zobaczyłam w kinie 24 października, od tego co zobaczyłam w wiadomości na facebooku 19 września. I też dlatego, że Ania w Kinie i Marcin Wrona w jedno wierzyli kino. I też dlatego, że nagle i niesprawiedliwie i najgorzej. Ale też, niestety, dlatego, że wiele dobrych rzeczy o Demonie łatwo powiedzieć tylko wtedy, kiedy myślimy, że to rozbieg przez kolejnymi filmami twórcy. A nie jest. Jest ostatnim filmem w karierze, który właśnie przez to dostaje przydziałową plakietkę dzieła ostatecznie definiującego, magnum opus, pokrywki od trylogii. I chociaż chciałabym myśleć o tej pokrywce w kontekście tego, że u Wrony najpierw Zieliński hajta się z kobietą Lubosa, potem Shuchardt zabija Zielińskiego, a teraz Tiran opętuje się u boku Schuchardta, to jednak dostaję moralnego zeza i nie umiem przylgnięcia Wrony-twórcy do Wrony-nieżyjącego-twórcy odkleić. Tiran też odkleić nie może w filmie i taki oto mamy problem.

Nie zważając na rzeczonego zeza spróbujmy pozaznaczać znajome nam tropy, składające się na kosmos, który tak bardzo urzekł mnie 6 lat temu. Mamy więc sakrament, konkretnie ślub (chociaż i pogrzebu/ów nie brakuje), mamy czarno-białą-symboliczną paletę, mamy męską przyjaźń, nawet bezpośredni łącznik z ostatnią sceną Chrztu mamy. Kobieta w bieli (a jakże!), ale tym razem ze śladami własnego życia biograficznego, próbuje ogarnąć ciemne sprawki ciemno-odzianego męża, któremu partneruje jaśniejszy kolega (w Demonie bez białego ubioru, ale za to z ksywą „Jasny”). Czyli Wrona do sześcianu

W skrócie – jest wesele. Ona, zafiksowana na imprezę w dworku należącym do dziadka. On, rodem z zagranicy, a z polskim językiem w głowie i innego rodzaju fiksacją też wkrótce w głowie. Jest jeszcze tata, co nie-Polaka tak nie za bardzo, brat Młodej i złowieszczy jego kolega, jest niepijący, a pijany lekarz, jest ksiądz, co najchętniej to od egzorcyzmów by się trzymał z daleka, jest Stary Żyd (z liter wielkich, przecież to instytucja), jest mistyczna ciotka, a przede wszystkim trup na podwórku. Właściwie w podwórku jeśli mamy być precyzyjni. Rozumiecie, Pan Młody przed weselem odkopuję Pannę Młodą rodem z animacji Burtona i impreza z grubsza nie toczy się w zaplanowanym kierunku. Co bolało mnie bardzo, bo doskonale rozumiem, że na wszystko musi być schedule, har-mo-no-gram.

Jest jeszcze coś, co przylgnęło problemem. Mianowicie oglądasz popisy aktorskie w filmie, wstrząsające sceny w filmie, trupy, strzygi i demony w filmie. I teoretycznie rusza Cię to i wciąga w wir fikcyjnej tragedii. A nam jest teraz ciężko bo myślimy o zupełnie niefikcyjnym nieszczęściu i film nas rusza mniej.
Listę zarzutów nie wynikających z okoliczności można jeszcze trochę rozwinąć w kierunku mniej więcej: film jest ciężkostrawny w ilości tropów, nawiązań, półcieni. Do tego dystrybutor bez serca zaprasza widzów na „horror”. Wiecie, jest trup, niepokój, paranormal activity. Ale w świadomości zbiorowego kinomana horror to Paranormal Activity takie z dużej litery i nie może się udać posadzenie Demona w jednym kinowym maratonie z atrakcjami hollywoodzkich charakteryzatorów.
Odchodząc już od problemów filmu – nie możemy nie zauważyć doskonałych kreacji aktorskich, tradycyjnie błyskotliwych zdjęć Pawła Flisa i kilku zupełnie magicznych scen (objazd miasteczka, heloł!).

I ciężko, naprawdę ciężko, teraz pisać te słowa, ale przyznajmy – Wronie zawsze wychodziły zakończenia. I to, że Lubos w Mojej Krwi nie musiał na naszych oczach zionąć ducha, i, że po Chrzcie ludzie wychodzili z kina zaklinając się, że Zieliński żyje przecież, że to nie na zawsze śmierć, że gdybyśmy dłużej na jezioro patrzyli to wyszedłby cały i zdrowy i żył długo i szczęśliwie. I w Demonie zostawił nam Wrona niezły puzzelek na sam koniec testując naszą skłonność i miłość do (nad)interpretacji. Oniryczna filmowa mara czy zupełnie fizjologiczne morderstwo – co przylgnie do nas do już nasza sprawa. I naszą sprawą jest też wziąć i obejrzeć, i kupić na DVD wszystkie trzy filmy i podziwiać zakończenia, które Wronie zawsze wychodziły.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.