3 rzeczy, jakie musisz wiedzieć o Gwiezdnych Wojnach jeśli oglądasz je po raz pierwszy

Gwiezdne Wojny ukradły Święta.
Gwiezdne Wojny i brak śniegu – to gwoli precyzji, ale nie trzeba było posiadać wyjątkowej wrażliwości popkulturowej żeby zauważyć, że dyskusje o Star Warsach są wszędzie. A jednak istnieje grupa osób, które Gwiezdnych Wojen nigdy nie widziały i obejrzeć nie zamierzają, głównie dlatego, że filmom towarzyszy niesprawiedliwa opinia hermetycznych i kultowych. Ja wzięłam i obejrzałam, stąd lista informacji na temat filmu, które są i burzeniem mitów o nim, jak i spisem impulsów, dla których należy sadze dać szansę. Rozmawiamy o oryginalnej trylogii, bo powody.

Ale zanim lista, to jeszcze nota autobiograficzna. Jak już pisałam, we wpisie planszówkowym, dobrym nerdem jestem jedynie na pierwszy rzut oka. Gwiezdne Wojny ominęły mnie z powodów rodzicielskich, polskich wyborów filmowych czy w końcu wyparcia faktu uczestnictwa w seansie Mrocznego Widma we Wrocławiu szesnaście lat temu. Oczywiście, otaczali mnie superfani i, oczywiście, kupowałam ich szacunek częściową znajomością faktów – wiedziałam, że „moja” bohaterka nazywałaby się Anidala, ale byłam całkowicie przekonana, że Amidala to ta laska z bułkami na głowie.
Kiedy więc w pracy zwołano maraton Star Wars, zupełnie chętnie nadrobiłam oryginalną trylogię, z przerwą na krótką drzemkę jedynie w bagiennych i przydługich monologach Yody. I oto czego się po obejrzeniu Star Wars dowiedziałam:

1. To nie jest film science fiction

To znaczy wiecie, dzieje się w kosmosie. Ale to trochę tak jak z Balladyną na motorach czy ekranizacją Zbrodni i Kary z Bradem Pittem i Morganem Freemanem – nie ważne gdzie i jak, ważne o czym. A Star Wars to fabularny miks biblijno-mitologiczno-literacko-filmowy z laserami. Proporcja Science do Fiction zdecydowanie pozwala poczuć się w konwencji przyjemnie nawet tym, którzy podejść do Gwiezdnych Wojen nie chcieli, bo wieść głosi, że to taki kanon sci-fi. A gdzie tam, pani, to jest opera mydlana gdzie, owszem, lasery. Poza nimi miłość, dorosłość, wybory, dylematy i troszkę napierdzielanki laserami. Nic strasznego. I bardzo dobrze, że to bardziej kosmiczna opera mydlana niż cokolwiek innego, bo w przeciwnym wypadku nie sposób by było nie zauważyć faktu, że:

2. Ten film został zrobiony dawno, dawno temu w odległej galaktyce

Wiecie, że w trzeciej części starej trylogii pojawiają się misie? Takie pluszowe? I jest to właściwie przerażający element, bo pluszowe misie o mało co nie pokonują ludzi wyposażonych w nowoczesną broń (a potem pomagają pokonać złych panów z Imperium). W każdym razie Gwiezdne Wojny nie mają wiele wspólnego ze współczesnymi sci-fi-filmami gdzie fakty takie naukowe i nierealne istoty takie rzeczywiste. O nie, nie – tutaj mamy pluszowe misie, w tle gra jazz (a właściwie – pardon le mot – jizz, bo tak powinno się nazywać tę muzykę w kanonie), a co chwilę słychać słynne „bziuum”. I całkiem sporo w tym wszystkich cepelii, swojskości i „bziuum” właśnie. Jestem w stanie całkowicie zrozumieć, że to bajka, w której można się zakochać.

3. Ten film naprawdę poukłada Ci w głowie

I nie chodzi tu o to, że zaczniesz żyć pełnią życia, bo nigdy nie wiesz kiedy astmatyczny bad guy okaże się Twoim ojcem, a laska w złotym bikini Twoją siostrą. Chodzi o to, że żyjemy w czasach, w których nieznajomość starwarsowego uniwersum jest przypałem porównywanym z panem w 1 z 10, który na pytanie o największą wyspę Polski odpowiedział „na pewno nie Wolin”*. I tak, będziesz rozumieć wyborne żarty słowne pokroju Adobe Wan Kenobi, i tak, nie pomylisz dwóch księżniczek jak niżej podpisana. Ale najważniejsze jest to, że nadrobienie Gwiezdnych Wojen i przyporządkowanie imion do twarzy, twarzy do masek, a masek do stron mocy daje poczucie popkulturowej pewności i przynależności. A pewności i przynależności nam potrzeba.

Korzystając z kalki pięknego powiedzenia rodaków Szekspira – nie ma lepszego czasu niż teraz na zaliczenie seansu Gwiezdnych Wojen. Po pierwsze, można przy okazji załapać się na Przebudzenie Mocy (co i mnie czeka), a po drugie można chybcikiem przepoczwarzyć się w superfana (co mnie raczej nie czeka). Namówiłam?

*To był Wolin

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.