Jestem Mordercą

To jest jesień bliskich mi filmów. Ledwo co tłumaczyłam wam czemu Beksińscy to moja Sanocka tele-rodzina, a nedeszła pora na tele-ojczyznę z hałdami, mgłą i Kukuczką, czyli Śląsk. A do tego Pieprzyca! Bez Pieprzycy nie byłoby Ani w Kinie, mówię wam. Osiem lat temu nad łóżkiem na ósmym piętrze wisiał mi Pawlicki z Piechotą plakatem z Drzazg, po Inferno obawiałam się własnej studniówki, a młody Dorociński to dla mnie żaden Pitbull tylko Pieprzycowa Barbórka. Więc zaznaczcie sobie, że to nie jest byle jaki seans, bo ja na Pieprzycę idę z oczekiwaniami i z ładunkiem emocjonalnym.

Jak już sobie zaznaczyliście to nadmienię jeszcze, że strasznie długo na ten seans czekałam. Nie tylko dlatego, że dystrybutor zmienił pierwotną datę premiery, która miała przypadać w moje urodziny (tym to dopiero mogłabym się chwalić we wstępie, a tak nadmieniam jedynie w drugim akapicie). Dlatego, że Jestem Mordercą to tak naprawdę film, który powstawał 18 lat. A przynajmniej od lat 18tu na niego warto było czekać, ponieważ dokument Pieprzycy o tym samym tytule, który ukazał się właśnie w 1998 był tak naprawdę pierwszym tak prawdziwym zapisem bodaj najgłośniejszej kryminalnej sprawy PRLu. Z drugiej strony, właśnie ten fakt stanowił dla reżysera ogromną przeszkodę – jak wziąć film naładowany własną historią i przekonaniami, ulepić z niego niesensacyjną historię, a na koniec nie włożyć tego widzom w gardło, mówiąc „patrz widzu patrz jakie rzeczy!”. Nie uwierzycie jak pięknie Pieprzyca pokonuje tę i inne przeszkody. Jak Krzyszkowiak-Malinowski-Gebreselassie. Ba! Jak chińskie biegaczki z początku lat 90tych na zupkach z żółwia. Wypadałoby dodać też coś o sukcesach Górnika Zabrze, a skoro szczęśliwie wygrali wczoraj z Wisłą Puławy, to dodajemy. Tak, jak Górnik Zabrze pokonuje Wisłę Puławy, tak reżyser filmu pokonuje pułapki zastawione na niego przez samą historię.

A pułapek jest całkiem sporo. Mamy przecież historię, którą aż się prosi odegrać w jednym tonie. Albo na niewinność Marchwickiego (pardon, Kalickiego). Albo na okropność Gruby (naszego filmowego Jasińskiego). Albo na paskudność PRLu. Albo na serial killer, made in Poland, wybuchy, lasery, bajery. Tymczasem dostajemy (a to wartość w tym filmie największa) symfonię półcieni. No bo kto, drogi widzu, ma rację? Kto jest dobry, kto zły, kto okropny? Do jakiegoś stopnia możemy się poruszać za drogowskazami moralnymi, ale są to drogowskazy nasze – nie twórców. Nie skusiło Pieprzycy pokazywanie przyszłości Gruby, który związany był i z kopalnią Wujek i z Przemykiem. Nie skusiło go tłumaczenie historii pozostałych Marchwickich, w którą przecież był zaangażowany tworząc swój dokument. Nie skusiło go tłumaczenie nam, że Olszowy (to ten od rozszerzonego samobójstwa i podpalenia) właściwie to się przyznał do bycia Wampirem. Mimo, że wszystkie te kawałki układanki pozwalają nam, jako widzom historii, budować w głowie zupełnie prawomocne wyroki, to w fabularnej materii filmowej o wiele lepiej sprawdzają się puzzle z kilkoma zgubionymi elementami. I jak bardzo na takim sposobie opowiadania zyskuje sam tytuł filmu, pierwotnie po prostu zapożyczony od samego skazanego. Bo kto jest mordercą? Ten, który zawisł? Ten, który się przyznał? Ten, który wrobił? Ta, która kłamała? To nie są rozważania na najwyższym piętrze kina moralnego niepokoju, ale w kinie gatunkowym dają dużą satysfakcję.

Wiecie jaki film kojarzy mi się z „Jestem Mordercą”? „Zodiak” Davida Finchera. Nie tylko dlatego, że zabójca i policja i retro i do dziś nie wiadomo co i jak. Oba filmy, będąc w zasadzie opowieścią o poszukiwaniu mordercy, budują w widzu poczucie, że to właściwie i tak nie ma znaczenia, że nieważne jest kto i czym. Tracimy gdzieś fascynację kronikarskimi faktami na rzecz bycia tam i wtedy. Pieprzyca umiejętnie nawiguje pomiędzy akcentami, nie tracąc równowagi pomiędzy tym co kryminalne, a tym co moralnie-niepokojące. A skoro już przy retro jesteśmy, to pozachwycać się należy nad przepięknie zrobionym PRLem i wzorowo odwzorowanymi szczegółami (oj wyszczerzyłam się w uśmiechu do słynnej maski pośmiertnej). Świetnym posunięciem było zaangażowanie do filmu Mirosława Haniszewskiego i ubranie go w kożuszek z Wodzireja (no wiadomo, że wygląda jak młody Stuhr!). Ryzykiem, które się opłaciło było ubranie byłego Papieża i bohatera kilku nieudanych komedii w mundur milicyjny. Nie zawiedli ani Jakubik ani Żurawski, a na drugim planie błyszczały Popławska i Kulesza. A ta sekundka z Globiszem na widowni? Wspaniała!

Trudno nie uciec od porównania „Jestem Mordercą” z innym hitem filmowej jesieni, ozłoconą w Gdyni „Ostatnią Rodziną”. Trudno wydawać definitywne wyroki w jedną i drugą stronę, za filmem Pieprzycy przemawia autorski sznyt i pociągający klimat. Matuszyńskiego niosą technikalia i uniwersalny przekaz. Właściwie, gdyby zapytać o opinię kogoś innego mógłby odpowiedzieć dokładnie tak samo jak ja, tylko zamieniając nazwiska miejscami. Jest blisko. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że mogliśmy zobaczyć w tym roku dwa świetne polskie filmy.

Jakiś czas temu, podczas festiwalu Prowincjonalia we Wrześni miałam okazję zamienić parę słów z Maciejem Pieprzycą. Parę słów to dość precyzyjny termin bo jestem potwornym wstydziochem i wydukałam może ze trzy pytania (w tym jedno o to czy hajs się po „Chce się żyć” zgadza bo ja bym chciała szybko nowy film – ale szczęśliwie sformułowałam je odrobinę ładniej). „Jestem Mordercą” udowadnia, że warto było o ten nowy film pytać i daje nadzieję, na to, że o kolejny pytać (i długo czekać) już nie trzeba. Idźcie, musowo.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.