Kamper

Tak zupełnie w teorii Kamper to film stworzony dla mnie. Mam tyle lat ile trzeba, pracuję w IT i wyśmienicie bawiłabym się przebrana za Waltera White’a. Jedynie w CS nigdy nie grałam, w związku z tym znaczenie tytułu musieli mi wytłumaczyć koledzy z pracy (grałam za to dużo w Transport Tycoon i tam też się trochę kampiłam). Poza tym sztos, film dla mnie. Czy owszem i czy dla was też?

Po pierwsze – wiele rzeczy się zgadza. Piotr Żurawski kontynuuje starania o udział w programie Najnieszczęśliwszy Człowiek na Świecie (nie widzieli? to niech zobaczą, jazda obowiązkowa), Marta Nieradkiewicz ciężko pracuje na to, żeby w opisie jej talentu przestać wspominać o Barwach Szczęścia, a Justyna Suwała, ku zaskoczeniu to piszącej, nie jest człowiekiem (mogłabym napisać ciałem, no nie?) jednego filmu. Jest dobra muzyka, są w porządku zdjęcia no i wszystko słychać (ciągle nie jest to standardowa cecha).

Największą mocą filmu jest zdecydowanie scenariusz. I to nie scenariusz w rozumieniu o czym jest film. Tylko w tym zgranulowanym, od dialogu do dialogu, od celnej uwagi po kolejną i od pierwszego stereotypu o IT do ostatniego. Uwierzcie mi, szłam na film przekonana, że zmieszam komputerową „rzeczywistość” z błotem, no bo skoro Warszawa nie umie wsi to jak filmowcy mają umieć komputery. Tymczasem dostajemy zupełnie realny obraz, w którym może i nie każdy tester chce pisać gry (to akurat przykre uogólnienie), ale każdy lubi rysować w notatniku. Wiadomo co. I wiem, wiem, że to domena maluczkich takie przychodzenie na seans i chichotki, że ojojoj Dorociński nie umie się włamać do komputera CBŚ, bo CBŚ ma Linuxa (Pakt, panowie i panie). Maluczkie, ale jakie po maluczkiemu satysfakcjonujące! Nie zamierzam przestawać.

A sama historia? A sama historia też nie kuleje, nie myślcie sobie. Mamy trzydziestoletnie dzieciaki wciśnięte między meblościankę z naklejkami NBA, a pracę w grach za podwójną pensję obojga rodziców. Chłopaka, który pakuje się w egzotyczny romans po tym jak jego żona ujawnia przed nim podobnież egzotyczną relację – tyle, że z kucharzem-celebrytą. W międzyczasie on nie pisze gry za milion dolarów, a ona nie zakłada food trucka, o którym marzy. Tacy jak powinni być trzydziestolatkowie: smutni, sfrustrowani i w sumie bogaci, ale w sumie czekający na inwestora. Tym razem obyło się bez obowiązkowego imprezowania nad Wisłą (dziękujemy twórcom).

Czyli wszystko super? No, nie do końca.
Łyżką dziegciu niech będzie jednozdaniowa recenzja wypowiedziana przez jeszcze bardziej niż ja stargetowaną osobę (tyle lat ile trzeba, pracuje w IT jako IT i wyśmienicie odwzorowałby postać zarówno Rocky’ego jak i Żurawski’ego), a recenzja owa brzmi:
ten film nic nie wniósł w moje życie.

No i whomp whomp, smutne emotki, błąd 404. Nic się nie zmienia od Kampera w głowie, nie wybiegamy z kina prosto na Plac Sienny (którego pod koszmarkową Poznań Plazą zresztą nie za bardzo), nie posypujemy głowy popiołem i nie zaczynamy kolejnego bullet journalu, dzięki któremu tym razem na pewno ogarniemy się przed 30tką. To ostatnie właściwie może i tak, ale to o niczym nie świadczy. Bo faktycznie, najbardziej bezpośrednim wpływem Kampera na moje życie jest to, że dowiedziałam się co to znaczy się kampić. A z drugiej strony, nie nazwałabym tego filmu komedią więc może jednak zabolał moje napuchnięte od nadmiaru wrażeń w świecie internetów serce. Czyli co? Czyli, że nie będę mieszać czarnuszki w food trucku, nie tyle z powodu własnej kamperowatości, a raczej choroby lokomocyjnej, ale usilnie namawiać będę wszystkich na pójście do kina. Potrzebujemy filmów o małych sprawach, bo Wielką Sprawą już się dawno udławiliśmy. Zwłaszcza kiedy te małosprawowe filmy są i ładne i sensowne, a Kamper jest.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.