Karbala – Recenzja

Ale dzisiaj parada atrakcji! Nie dość, że trzeci wpis w tygodniu (#brawoja), nie dość, że obroniliśmy City Hall w Karbali to jeszcze mamy gościa na blogu i przekleństwa Jacka Braciaka w tekście! Można powiedzieć, że rośniemy w siłę, a gościmy Damiana, który już przecież u nas był i ogólnie gość z tego Damiana. A czy gość z tego Łukaszewicza i jego Karbali? O tym to poniżej. Jako, że jestem panią na blog-włościach to kursywuje Damian.

Na samym początku chciałabym poddać w wątpliwość zasadność robienia filmu, w którym odstrzeliwuje się Piotra Głowackiego po pierwszych dziesięciu minutach.

Nie można jednak nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że bohater grany przez Głowackiego (niestety imienia nie pamiętam, nie zdążyłem, lol, rotfl) zdążyłby przez te 10 minut zirytować ponad połowę stada średnio inteligentnych szympansów. Łukaszewicz nadał mu cechy irytującego, pewnego siebie, wrzeszczącego i rubasznego dowcipka. Tak jakby rebelianci wiedzieli kogo najpierw odstrzelić.

No właśnie, Łukaszewicz! Trochę głupio by było nie zacząć na temat rozwoju Łukaszewicza. Bo o ile ja zakupiłam sobie nawet Lincz na DVD za 5 złotych, to Ty nie byłeś największym fanem zarówno filmu jak i reżysera. To co, nauczył się robić wojnę u Hoffmana?

Od Hoffmana można się nauczyć bawić jak ludzie w Madrycie (nie noo, nie o polityce). Problem w tym, że w Polsce nie mamy de facto tradycji robienia filmów wojennych. No bo niby kto i kiedy miał je robić? A nawet jeśli już je robimy, to zazwyczaj idziemy drogą ukazywania cierpienia, okropności i okrutności wojny. Nasze filmy wojenne są pełne bólu i rozpaczy. Nie było jeszcze w polskim kinie filmu ukazującego walki polskich żołnierzy (Ogniem i Mieczem się nie liczy). A oczekiwania wobec Karbali były olbrzymie. I mówiono “Ameryka Panie, Ameryka będzie”. A wiadomo przecież, że pomiędzy polskim filmem wojennym, a amerykańskim filmem wojennym są dość istotne różnice. Tym, którzy nie pamiętają, przytoczy je za mnie znany polski aktor, Jacek Braciak. Panie Jacku, bardzo proszę:



Wobec czego, przed premierą znaleźliśmy się w sytuacji pt. “Będzie lepsze niż Helikopter w ogniu czy gorsze?” A nie wiem, czy to dobrze. Nie wiem, czy to dobrze.

Polskim Joshem Hartnettem w tym wypadku jest chyba Piotr Żurawski. Ale! Helikopter w ogniu miał bardzo pozytywny polski akcent w postaci Sławomira Idziaka i jego zdjęć. A tutaj fotografował Arek Tomiak, który od kilku sezonów jest, jeśli nie gwarancją sukcesu (nadal podtrzymuję, że podoba mi się Stacja Warszawa), to jego silną przesłanką. Ja, oglądając film, trochę zapomniałam o powadze marki operatorskiej i zdążyłam w myślach przekląć skaczącą i trzęsącą się kamerę w scenach walki. Za to ujęcia gdzie w żadnej minucie nie słychać strzałów – takie piękne! Ten Żurawski, w tym helikopterze, z tym Królikowskim, z tym cierpieniem…

To musiało być dobre. Karbala była pod tym względem bardzo wymagająca. Trzęsąca się kamera podążająca za akcją, ujęcia z wnętrz samochodów, z budynków plus ogarnięcie się wśród słońca i rozrzucanego piachu. Choć Arek Tomiak w scenach walki i strzałów ma doświadczenie (“Gdy [w Obławie] zabrakło nam spłonek, wiązaliśmy po prostu kawałki namiotu na żyłkach i jeden facet na znak nimi pociągał, żeby było widać, że odpadają”). Szczerze mówiąc, nie rzuciło mi się mocno na oczy, żeby ten film powstawał na warszawskim Żeraniu. I myślę sobie, że chyba już czas, że nie musimy się wstydzić tych naszych dużych produkcji i śmiało nawet pokazywać za granicą. Nie mamy już tych nieszczęsnych czołgów z kartonu. Co prawda, nikt jeszcze nie zrobił filmu gdzie zapierdala 20 helikopterów i napierdala napalm, but hey, taki mamy klimat.
Teraz ponarzekajmy na coś. Ania?

O narzekanie! Najlepiej na scenariusz i postacie w nim zawarte, cokolwiek kartonowe. Mamy takiego Schuchardta, który mówi nam widzom, że w wojsku trzeba mieć ludzi, którzy się nie boją – wpisujcie miasta kto wiedział, że Tomasz ze Starogardu pęknie pierwszy. Podobnie rzecz ma się z braćmi Żurawskimi, których tylko legenda Polaków, którzy bez straty żołnierza City Hall obronili, ocaliła od niechybnej śmierci któregoś z nich. Na gumowo-kartonowego Królikowskiego narzekasz Ty? Ja dodam jeszcze tylko, że po dziesiątym “Jankesie” miałam dość, serio ktoś tak mówi?

Właściwie wszystko zostało już powiedziane. Dodam tylko, że skoro mieliśmy Schuchardta chojraka, który speniał to i musimy mieć kurczaka, który zmężniał. I tutaj gadka o Panu gumowo-kartonowym, ale nie będę mówił co zrobił bo wypaplałbym o całej akcji odbicia zakładników pod koniec filmu (Oh wait). Poza tym, nie zagrało mi to, że tak na prawdę nic o tych żołnierzach nie wiemy. Nie wiemy kogo zostawili, kto na nich czeka, za kim tęsknią, do kogo wzdychają i dlaczego nie kupują pornosów od Irakijczyków. To powoduje, że oglądamy właściwie – trzymającą w napięciu, trzeba oddać – historię, ale reżyser nie daje nam szansy pokochać bohaterów. A jak mówiła Agata Kulesza “Jakby Amerykanie robili tego Wałęse to oni by to tak zrobili, że ja bym pokochała i Wałęse i jego wnuków i kuzynów razem wziętych”.
Z dobrych rzeczy, pochwalę Bartka Topę. Ale po Drogówce, mogliśmy się tego spodziewać.

I wiemy, że zbiera na farbę. Ja proponuję więc ludziom iść do kina, pomóc Bartkowi Topie w remoncie. Składasz się?

Zawsze chętnie przyłączam się do inicjatyw, mających na celu pomoc ludziom, którzy na przywitanie “żółwik” owijają pięść dłonią niczym papier owija kamień i krzyczą: “Anakonda!”

Żegnamy się więc, ale może nie na długo, bo podobno Anatomia Zła jest pięknie niedobra i dobrą passę blogowej aktywności utrzymać trzeba.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.