Król Życia – recenzja

Już na fanpejdżu dawałam wam lekko do zrozumienia, że nie za dobrze się czuję z określeniem „feel-good movie”. No bo co to w ogóle znaczy? Że ktoś ma wziąć i zrobić film, od którego zrobi mi się dobrze? I nie tylko mi, ale i mojej mamie, i lasce z tramwaju i wyborcom Korwina. To naprawdę nie jest łatwe. Bo z jednej strony tak, mamy taką dajmy na to Amelię. Piękny film! Trochę niepotrzebnie windujący oczekiwania dotyczące Paryża, ale piękny. I smutny strasznie! Jak biedny samotny ojciec, który dostaje nagle kartki ze wszystkich stron świata co sprawia, że, jak to cudnie ujmują cudni bracia Rosjanie, trochę odjeżdża mu daszek, ma wprawić mnie w dobry humor? A wiecie jaki film wprawia mnie w dobry, acz nieco katartyczny nastrój? A jest to Amores Perros. Tak, ten film, w którym jeden smutny piesek zjada inne smutne pieski. A Ania w Kinie, która płacze jak pomyśli o misiu grającym na akordeonie, dostaje od filmu tego siły do życia. Jakaż pointa tego zawiłego rozumowania? Taka, że nie dogodzisz, panie! I nie ma co się silić na feel-good-filmy, zwłaszcza jak do dyspozycji się ma Roberta Więckiewicza.

Ale się zdziwicie jaka będzie rola jaką zagram, zupełnie inna – złowieszczo obwieścił zebranym w kinie Trójka we Wrześni Robert Więckiewicz. No i widzicie. To jest trochę tak jak z tymi nieszczęsnymi Oscarami. Że musowo Oscara musi dostać ktoś kto schudł. Albo zbrzydł. Albo zbalecił się. Tak jakby nagrody akademii to właściwie bardziej charakteryzacyjno-dietetyczno-sportowe były, a nie filmowe. I odkrywamy tę wspaniałą właściwość na naszym podwórku. Bo przecież nasi aktorzy zagrają i Wałęse i Religę, a na tym samym wdechu jeszcze role komediowego króla życia, króla disco polo, a na końcu kredens z szufladką. Więckiewicz kredens, a Kot szufladkę, rzecz jasna. I zagrają, bo i jeden i drugi grać potrafi. Tylko po co. To tak ku przestrodze, bo, co zauważyć należy, Więckiewicz się tutaj jakoś bardzo efektownie nie wywalił, chociaż zdecydowanie lepiej wypadał w korpo-wkurwie (tak nie wygląda korpo jakby co, ale tak polski film pokazuje korpo) niż w jedz-tarzajsię-kochaj wydaniu terapeutycznym.

I nie odkryję Ameryki pokazując największy problem filmu, bo problem ów leży przed nami w całej swej okazałości. Historia się po prostu nie udała. Nie udała już na kartce, nie udała w montażu, nie udała mi w głowie – nie wiem. Posypały się te historyjki i tyle. I mocny wątek Więckiewicza-terapeuty o czym więcej poniżej i zupełnie dla mnie niezrozumiały wątek dyktafonowy. I z jednej strony intrygująca atrakcyjna pani z interaktywnego billboardu każąca biednym filologom googlować słowo Khululela, a z drugiej odbite o kalki po raz setny te straszne HRy, bo przecież HRy to korpo, a korpo to zmaterializowane piętra piekła.
Koniec końców – naprawdę uważam, że warto takie filmy tworzyć nawet jak się nie układają. Bo w każdej nieskładalnej kostce Rubika, jest jeden potencjalnie niezapomniany kwadracik z zapraszaniem żołnierzy.

I widzicie, coś co wypada Zielińskiemu zapisać na plus to coś, co polskim twórcom nie wychodzi. Czyli wesoły pijak. Bo taki pan JJ Kolski, na ten przykład, nakręcił to swoje Serce Serduszko, które w moim sercu serduszku uratowała jedynie Julia Kijowska, i próbował nam JJ Kolski pokazać, że przecież alkoholizm to jakaś totalna beka, że spoko tam, wystarczy na kacu potańczyć na peronie i życie się układa. I to jest bardzo proste, bo cóż śmieszniejszego od pijaczka, no cóż?
Zieliński trochę balansował na tej, nieprzekraczalnie niewybaczalnej linii, z której zszedł z klasą, pokazując groteskowy proces terapii, która przecież w swojej naturze jest nieco groteskowa. Ale być może dla Kapsla i innych (cytując wieszcza Bisza) Zawleczek, Nakrętek w groteskowości swojej zbawienna. Ale dla większości pewnie nie. I brawa dla Zielińskiego, że nie pokazał mi trzeźwego Kapsla na studiach podyplomowych, bo walenie w bęben jak wiadomo z alkoholizmu uleczy w godzinę. Brawa, chociaż my wszyscy raczej się feel-bad niż feel-good. Ale lepiej mieć feels niż nie mieć feels.

Podsumowując – wylałam dyżurne żale, które wylali już wszyscy. Pochwaliłam to, co zawsze w filmach chwalę czyli brak gwałcenia polskiej wsi i pokazywania szczęśliwego pijaczka. Pokiwałam palcem nad pomysłem obsadzania wszystkich wszędzie. I prawdopodobnie zapamiętam z filmu głównie żołnierzy. Bo na filmie byłam w Pile, więc sami rozumiecie.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.