Listy do M 2 – recenzja

Jakim filmem są Listy do M 2? Świątecznym, rzecz jasna. A jakie wątki najbardziej chcemy oglądać w Święta? Oczywiście, umierającą panią, narzeczoną porzuconą w Wigilię i nastolatka popełniającego samobójstwo. Proste. Idziemy więc na Listy do M i próbujemy potem napisać recenzję, która nie będzie o tym, że owa pani właściwie to nie może ruszyć się z łóżka, ale niesiona entuzjazmem rusza na narty, ani o tym, że narzeczoną gra moja krajanka o zniewalającej urodzie i braku osobowości, a już na pewno nie o tym, że chłopca ów scenarzyści ubrali w szaty emo rodem z 2006 roku i pewnie dlatego biedaczysko postanowił, co postanowił. I nie da się.

Więc wybaczcie, będzie o wszystkich tym też. Zaczynamy od Agnieszki Wagner, bo dystrybutor uznał, że na wizytę na plakacie nie zasługuje (a powinna!). Agnieszka Wagner już nie jest prezeską Radia Zet. Teraz jest biedna i chora na naprawdę dziwną chorobę. Chorobę, która polega na tym, że leży w szpitalu i jest nieumalowana. Chorobę, której leczenie kosztuje absurdalnie niewiele – 200 tysięcy złotych, za to w zagranicznej klinice. I wyobraźcie sobie, że córka (ta adoptowana z domu dziecka w Chojnicach w poprzedniej części) angażuje w akcję zbierania pieniędzy Dzień Dobry TVN i udaje jej się! Brawo Ty! Za to Agnieszka Wagner woli jednak pojechać na narty i umrzeć w spokoju, więc zakłada makijaż (ten z właściwościami uzdrawiającymi) i wszystko jest dobrze. To znaczy źle, bo umrze. Ale jednak dobrze – bo chyba dobrze mamy się z tym czuć skoro w tle lecą kolędy, nic się nie stało.

Podobnież wspomniany chłopiec-samobójca. On z kolei choruje na… kolejną tajemniczą chorobę, która jest o tyle bardziej wiarygodna, że biedaczysko porusza się na wózku (a do tego ma napisane na ścianie „jutro mnie tu nie będzie”, co nawet mniej ogarnięci widzowie mogą przetłumaczyć sobie jeśli nie na czechowską strzelbę, to przynajmniej na silne „oho!”). A do tego ma pięknie wielkookiego brata (który w poprzedniej części zagrał scenę, ale błękitnych oczu potencjał nie może się marnować, ot co, więc dostał teraz więcej scen), a brat bardzo chce wilczarza irlandzkiego. To jest w ogóle coś czego hejtować nie powinnam, bo wilczarz irlandzki to jest całkiem spoko pies, z pewnością wyższy od kilku moich koleżanek. Nie dalej jak w listopadzie mówiłam mojej mamie przez telefon, że takim wilczarzem bym nie pogardziła. Ale widzicie, różnica między mną, a pięknym niebieskookim jest taka, że po pierwsze nie jestem równie urocza, po drugie moją mamą nie jest Małgorzata Kożuchowska, a po trzecie nie mam brata, którego nieobecność mogłaby sprawić, że mogę mieć psa. No tak, skomplikowane. I taki jest cały film. Skomplikowany w warstwie uczuciowej i sensowej, bo fabułę i niedopowiedzenia raczej bezwzględnie nam wkładają w gardło. Ucinając historię chłopca-chorego i chłopca-chorego-na-psa. Chory połyka tabletki, pali blanta i wydaje nam się, że młody wreszcie otrzyma swojego psa, ale okazuje się, że nie, bo z powstałych w wyniku zaprószenia płomieni wynosi go Tomasz Karolak. Tragedia dla kynoentuzjastów tego świata, pomyślicie – ale nie! Otóż (uwaga, uwaga) kwota, jaka chłopcu ratowała życie to 200 tysięcy złotych. Brzmi znajomo? Tak, to właśnie tyle, ile uzbierano na (niechciane) leczenie Agnieszki Wagner. Czy światem nie rządzą zbiegi okoliczności? Czyli luzik, szybki przelew, na leczenie i na Wilczarza starczy. A, że chłopiec po próbie samobójczej i prawie zaczadzeniu? Salo kinowa i publiczności blogowa, przećwiczmy raz jeszcze – Nic się nie stało!

Ale to już nawet o te jakże poetycko splecione wątki nie chodzi. Bo, oddajmy im, mają być smutne. Chamsko smutnione przez twórców, a to rzewną nutą, a to dramatycznym słowem, ale smutnione. Płaczemy, spoko. Najbardziej denerwuje wątek, który teoretycznie jest na maksa zabawny – wyobraźcie sobie że Zakościelny rzuca swoją Żmudę-Narzeczoną-Trzebiatowską. W Wiglię. W towarzystwie cokolwiek nieciekawych rodziców wspomnianej ŻNT. I jedzie po swoją nową miłość do Ostrołęki. I spodziewana jest od nas reakcja aklamacyjna, brawy Ty Maćku, brawo Ty Ostrołęko. A mi jest żal dziewczyny, której jedynym błędem pokazanym nam w filmie było wyglądanie za ładnie i kupienie narzeczonemu drogiego zegarka. Kupno drogiego zegarka nie jest przewinieniem, które zasługuje na porzucanie kobiety w Wigilię. Co ona biedna ma robić w Wigilie? Zadzwonić do Przechlewa (tak, tak z mojego fyrtla takie piękne aktorki)? Oderwać przyjaciółkę od dłubania w karpiu? Kazać komuś wyłączyć TVN, w którym lecą Listy do M? Nie bardzo jest jak się ratować, a tymczasem całe kino się cieszy. Bo przecież taki dobry wybór Zakościelnego.

Chciałabym dodać również, że to jest naprawdę średnio śmieszne, że Karolak jest kiepskim ojcem. Oczywiście dla nas ma być śmieszne, bo cóż zabawniejszego od powiedzenia „psia dupa”? Prawdopodobnie nic, bo tę frazę słyszymy w filmie jakieś dwadzieścia razy, ku uciesze nas oczywiście.

Oprócz wątpliwej jakości rozwiązań fabularnych wypada ponarzekać jeszcze na dialogi. To jest, na ich brak. Listy do M2 oferują nam wideoklipowy przegląd piosenek, wielokrotną psią dupę, ale rozmów to za wiele nie ma. W momencie, w którym się pojawiają, film zyskuje i to znacznie – warto tutaj podkreślić udany wątek Agnieszki Dygant i Piotra Adamczyka. Co jeszcze w filmie wyszło? Wielkookie dziecko Stuhra, jak to w poprzedniej części, robi nam dzień i załatwia Romie Gąsiorowskiej pierścionek, od którego to ja bym jednak wolała wazon z tukanem. Sorry, Roma i sorry, Apart – taki sobie.

Psia dupa Hehe.

Nie sposób nie wspomnieć o Piotrze Głowackim, który włóczy się po barcisiowemu przez nasz ekran, a na końcu z niekrytą satysfakcją przytula owieczkę. Trochę jest tak, że za Głowackiego zawsze są oklaski, więc oklaski. Wracając do owieczki, jeju jak jej szkoda. Biedne zwierzaczysko pędzone przez filmowców po galerii handlowej, bardzo to smutne. Dlatego i owieczkę i Martę ŻNT wrzucam w obrazek główny, a niech mają.

A na Listy do M 3 i tak pójdę, bo chcę zobaczyć ile wielkookich chłopców uda się zmieścić tym razem.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.