Moje córki krowy – recenzja

Tak, jak po wyrywaniu zębów dają Ci naklejkę „Dzielny Pacjent”, a po powrocie z frontu medalik od rządu, tak też powinno się rozdawać plakietki „nie płakałam na Moich Córkach Krowach”. I z taką plakietką bym sobie dzisiaj przykładowo paradowała. Ale nie lękajcie się! To nie znaczy, że film jest do niczego. Nie znaczy między innymi dlatego, że płacz lub brak płaczu nie jest nadrzędną wartością ocenialną. Dajcie mi zbitego psa i zgubionego starszego pana, a będę płakać nawet nad Na Wspólnej. Ale na pohybel tym co kazali brać pięć kilo chusteczek, nie jest tak źle. Nie jest tak źle też w innych warstwach – właściwie bardzo dużo rzeczy się zgadza. A co się nie zgadza? O, po takie informacje to zawsze do mnie zapraszam, służę pomocą.

Nakreślmy może najpierw zarys fabularny. Mamy oto dwie siostry – zimną jak sędzia Wanda Gruz Agatę Kuleszę i egzemplifikującą najgorsze cechy nauczycielek wczesnoszkolnych Gabrielę Muskałę. Siostry mają rodziców, jak w porządnej rodzinie – matką jest Lidka z Czterech Pancernych, a ojcem ojciec z Wesela. Niemirska i Dziędziel czyli. Na drugim planie błyszczy Marcin Dorociński, po szpitalnych korytarzach przemyka Łukasz Simlat, a nie sposób nie napisać jeszcze o obecności Andrzeja Konopki gdyż w minionych miesiącach zagrał wszędzie. Pierwsza liga mili państwo. Pani reżyser – Kinga Dębska, też nie jest jakąś tam pierwszą lepszą panią reżyser, bo od czasu jej debiutanckiego Helu bardzo jej kibicuję i właściwie jak już komuś miał się wydarzyć frekwencyjny sukces, to super, że wydarzył się jej.

Tytułowe krowo-siostro-córki są od siebie całkowicie różne, ale razem związuje je seria problemów – krótko mówiąc mama ma udar, tata ma guza. Koszmarny zbieg koszmarnych wydarzeń – a mimo to opowieść utrzymana jest w tonie komediowo-„ojejku”owym. Czy to zarzut? A gdzie tam, ostatnie czego potrzebujemy to trzydziesta czwarta scena z życia z następującymi po niej koleżankami-scenami. Ale traktowanie historii medycznie smutnych na wesoło nie wychodzi zawsze dobrze. Owszem, w 50/50 wyszło, w Nietykalnych z kolei zupełnie nie (ej, ej niestety te miliony widzów muszą się mylić skoro mi się nie podobało). A krowy? Krowy serca mi nie skradły, chociaż obejrzałam zupełnie bez bólu. Hipotezy badawcze na temat tego dlaczego nie zakochałam się w wielbionym przez tylu filmie poniżej:

Pierwszym ciosem dla zupełnie przyjemnego filmu Kingi Dębskiej jest to, że pół Polski nam wsadza w gardło to, że to taki odkrywczy film o rodzinie i każdy znajdzie w nim coś dla siebie, o sobie i w ogóle Tołstoj to niech się z tą Anną Kareniną wypcha, każda nieszczęśliwa rodzina bowiem jest nieszczęśliwa na ten sam sposób, a nie jak on twierdził – na sposób własny. Poszukiwanie prawd uniwersalnych jest o tyle kłopotliwe, że można zrobić film uniwersalny na bardzo (no jakim?) uniwersalnym poziomie – czyli każdy ma w rodzinie jakiś fakap. Super, ale to trochę mało, bo taki temat porusza dosłownie każdy tekst kulturowy z rodziną w tle, a o ile nie kręcimy adaptacji Dzieci z Bullerbyn, to zawsze znajdzie się ktoś kto zobaczy tagline „film prawdziwy jak życie” i westchnie.

Drugim ciosem jest to, że film, który miał mnie krzepić i podnosić na duchu – bo przecież rodzice, śmierć, konflikty, ale na końcu jesteśmy na wycieczce w lesie i wszystko jest dobrze – sprawił, że było mi autentycznie smutno. Bo dupa, a nie szczęście – alkoholizm, jak to w polskich filmach bywa, jest bardzo śmieszny i na pewno w przyszłości nie sprawi kłopotów głównej bohaterce. Toksyczny związek? Oj tam, oj tam, może i z Dorocińskiego pijawa pierwsza klasa, ale tak pięknie rozłożył parasol na działce. Niezaleczona relacja z ojcem uniemożliwiająca normalne życie uczuciowe drugiej bohaterki? LUZIK, tata Dziędziel fajniejszy niż potencjalni partnerzy. I nie piszę tego wszystkiego dlatego, że godzę się tylko na filmy z happy endem – przeciwnie. Ale to pole do popisu dla naszego kina – pokazać, że problemy, które nie są nowotworem też są problemami. A uciekanie od nich jest trochę fuj i prędzej czy później skończy się źle. I może mam uwierzyć, że po wycieczce do lasu córki-krowy zaczną sobie życie układać. Może mam.

Moje córki krowy to, bez najmniejszy wątpliwości, film, który zachwyci tłumy. Weźmiecie rodziców, ciocie, krowy – wszystkim ręce złożą się do oklasków. I nie mogę powiedzieć złego słowa o tym, bo polskie kino zarabia wtedy hajs – brawo my! Ale pamiętajcie, jeśli zazgrzyta wam coś w uszach, to ostrzegałam was, że moje serce na oddziale onkologii nie zostało.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.