„Na noże” nie może

Dostałam słaby serial, to dostaliście słaby tytuł.*

*”Na noże już nic nie pomoże” jak coś też, ale ile wpisów można pisać?

Z jednej strony, czego się mieliśmy kurde spodziewać? Przecież „Na noże” opiera się na naprawdę idiotycznym pomyśle, że ktoś kto nie ma kasy szuka tej kasy, chociaż tak naprawdę ma te kasę, ale nie chce jej wykorzystać bo powody.
Z drugiej strony, kuchnia taka cool, obsada taka cool, no i TVN zazwyczaj nie produkuje rzeczy za 5 złotych (i nie, nie dam się nabrać na hejt na Azja Express, Małgonia Rozenek daje mi życie). Siadam więc przez telewizorem i włączam. Jest dość kuriozalnie – w sumie ładnie, właściwie bez sensu. Współoglądacz (który wcale się do „Na Noże” nie zraził aż tak jak kazałby przekonywać ten wpis) powiedział zdanie:

Ej, ludzie tak robią?

I o to właściwie chodzi. Ta historia nie istnieje. Tak, są ludzie, którzy chcą otworzyć restauracje, są ludzie, którzy nie chcą brać kasy od rodziców, są ludzie, którzy są w związku, podwaliną którego jest planowany gastrosabotaż (chyba). Ale raczej nie ma ludzi, którzy wszystko na raz, a już na pewno nie ma ludzi, którzy mają dziadka z food truckiem nad Wisłą – i tak, jest to urocze, ale można by było bez tej całej durnej Breakoutem podlanej love story.

Nie istnieje też w „Na noże” linia fabularna, której możemy kibicować – niby spoko, „nasi” bohaterowie chcą założyć restaurację wbrew wrednemu losowi i kłodom pod nogami, ale jak można kibicować komuś, kto tymi kłodami tapetuje swoje życie na własne życzenie? Jak można krzyczeć „jeszcze jeden” gościowi, który śpiewnie przechodzi od głupiej decyzji do kolejnej głupiej decyzji w międzyczasie imponując laskom naleśnikami? Wybaczcie, ale od crêpes Suzette by Zieliński wolę te pitbullowe kanapeczki z ogóreczkiem by Ostaszewska. Może powinniśmy sympatyzować z dziadkiem-Dębickim, bo przecież on jednak kocha babcię, a poza tym ma słabe zdrowie. No ale jak, jak skoro genetycznie robi głupotę za głupotą, a do tego ten nieszczęsny Breakout.

A najbardziej, najbardziej to wkurzam się na to, że na papierze obsada „Na noże” wyglądała świetnie. Zieliński? Pani, ja byłam fanką kiedy on jeszcze w białym garniturku w Mojej Krwi latał. Ale nawet biały garniturek nie pomoże kiedy gra kartonowego bad guya, który mówi „Jestem samo zło i lubię wkurzać fajne laski”. Grzech kolejny – Głowacki. Pani! Ja Głowackiego lubiłam, jak najdłuższe z nim filmy miały po 25 minut. Ale, o nie, nie dam Głowackiego wyciąć z kartonu i postawić koło Zielińskiego z podpisem „głupawy-cukiernik”, którego całe ekranowe zadanie sprowadza się do bycia ulgą komiczną. Oj nie.

Ale, ale! nie dotknęliśmy jeszcze szwarc charakterów – Stramowski i Książkiewicz, rzecz jasna, dołączają do naszej kartonowej karuzeli. Do pełni szczęścia brakuje im peleryny z lureksu, złowrogiego „sasasa” i muzyczki z Porwania Baltazara Gąbki. Powtarzam – czarno-białe nieistniejące postacie nie są kul, czarno-białe nieistniejące historie nie są kul. I odpowiadając na pytanie współoglądającego nie, ludzie tak nie robią.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.