O wyższości wszystkiego innego nad polską telewizją. Odsłona 1.

Ja nie lubię hejtowania. Naprawdę. A już zwłaszcza nie lubię hejtowania czegoś, bo jest polskie. Każdy z nas zna jakąś taką cebulę, która chodzi i żółci. Najlepiej z perspektywy strefy czasowej GMT. A bo w tej Polsce to paliwo drogie, a bo wszyscy jacyś brzydcy i głupi, a bo chipsów octowych nie ma (to akurat duża przykrość).

I ostatnią rzeczą jaką chciałabym robić to dołączyć do chóru malkontentów. Ale co począć kiedy telewizja nad Wisłą kontent właśnie to ma wyjątkowo zły. Że kiedyś mieliśmy Agenta (i dlatego nie można hejtować pana Arłukowicza, bo on w drugim już odcinku wiedział, że to Mirek, a Polska siedziała i rozdziawiała buzie!), a teraz mamy Małych Gigantów.
Nie ma więc wyjścia, pozostaje w oparach Eau de Zwiebel troszeczkę poznęcać się nad aspiracjami tych, co nad Wisłą robią telewizję.

Widzicie, bo to jednak wpis trochę o mnie. Trochę o tym, że spełniając swoją prowincjonalną historię od pucybuta do księżniczki asapów, trafiłam na poznańską anglistykę. Dobra to anglistyka, podobno najlepsza w Europie (od Sorbony lepsza, to wam mówię na 100%). W każdym razie gnoją każdą niedomówioną samogłoskę, a każdy niewyraźny th to katastrofa. A ja, w wieku lat 19tu mocniejsza byłam w szczebiotaniu o wsi spokojnej, wsi wesołej z której to oto pochodzę, niż w wymawianiu trudnych amerykańskich dźwięków. Na szczęście znalazł się sposób. Zamiast ćwiczyć szły i asze (#pozdrodlakumatych), polecono mi oglądać telewizje. Żadne seriale, tylko programy typu reality shows, bo tylko tam usłyszę prawdziwy angielski.
Pokrótce mówiąc – widziałam wszystko. A w międzyczasie zobaczyłam jak Polacy masakrują taką klasykę telewizji jak Survivor, Top Model czy ostatnimi czasy Project Runway.

O takich „fabularnych” reality shows, czyli takich, które się potem bierze i edytuje ładnie tak żeby widzowi dogodzić, to pewnie innym razem, bo logika edytowania (czyli tzw. edgic) to mój konik na biegunach i mogę godzinami rozprawiać o tym jaka była historia sezonu danego programu. Nie u nas, u nas pani to nie.

Dzisiaj więc więcej o polskich talent shows, które święcą triumfy od kilku ładnych lat, ku uciesze gawiedzi i rozpaczy tych, którzy liczą, że Agent wróci z nową edycją.

Najpierw wypada jednak wytłumaczyć się dlaczego siedzę przez telewizorem podczas gdy tytularnie powinnam w kinie, albo chociaż na bankiecie. I tutaj powodów jest kilka. Po pierwsze – nie wiecie jak dobrze spędza się czas z mamą Ani w Kinie. Wybornie! A przodujemy właśnie w przedtelewizyjnym hejcie. Hola hola Aniu, przecież czytelnicy bloga wiedzą, że mama Ani do kina też lubi, zresztą nawet Anię po kinach i festiwalach ciąga!
O, to tutaj musicie wiedzieć, że, jak na lokalną patriotkę przystało, jestem prawdziwym chuliganem haftu półkrzyżykowego. I chociaż na ścianach wolałabym Chagalla i Repina, to bezwstydnie haftuję kiczowate landszafty i uszczęśliwiam nimi niczego niespodziewających się członków rodziny. A w kinie haftuje się kiepsko.
Widzicie? To nie moja wina, że leżę przed telewizorem. To uwielbienie sztuki i rekultywacja rękodzieła.

W telewizji można zobaczyć dużo talent shows. Wiadomo. To jest taki piękny kraj gdzie te kruszyny chleba przez uszanowanie i w ogóle. Nic więc dziwnego, że znajduje się tutaj masa utalentowanych ludzi. Zwłaszcza celebrytów. A celebrytów wszyscy kochamy oglądać i jeszcze bardziej kochamy hejtować. Co, zdaniem moim, jest głupie bo co wam ten celebryta zawinił? Dlaczego dziewczyna, znana z tego że jeździ koleją ma mniejsze prawo do pokazywania buzi na ściance niż aktorka w gruncie rzeczy bardziej jednak filmowa niż serialowa? Polskie autopsje sukcesu osobistego nieco mnie śmieszą. A niech chodzi i grzeje buzię we fleszach reflektorów. Każdemu według potrzeb.

Nie będę się więc znęcać nad polsatowskim Celebrity Splash, który jest w gruncie rzeczy nędzny nudny i obrażający Danutę Stenkę i Tomasza Zimocha. A ona tak pięknie na tym moście płakała, a on tak pięknie tego pana Turka wyzywał. A znęcać nie będę się dlatego, że po pierwsze celebryci się na zarobione (pewnie stosunkowo niewielkie) pieniądze ostro napracowali, a show przeszedł drogę od celebrowania wpadek tekstylnych po celebrowanie czystych wejść do wody. A po drugie jest to, że istnieje szansa, że może jakieś dziecko, zamiast próbować sił w Małych Gigantach, zacznie skakać do wody. I będziemy mieli Stocha, tyle że nakurwiającego wykonującego salto Auerbacha. Całkiem mi to pasuje.

Tylko trochę planuję poznęcać się nad innymi tuzami polskiego gatunku talent show, czyli You Can Dance/ X Factor/ Mam Talent. Bo wszystkie trzy spełniają tytułowe założenie. Ich uczestnicy umieją coś, czego nie potrafię ja. Ani większość osób które znam. A już na pewno nie pani, która w ferworze szału uniesień na zajęciach zumby trzasnęła mi dzisiaj z łokcia. Ta pani biletu do Barcelony nie dostanie. Czyli coś tam się zgadza. Co jeszcze się zgadza? Hajs, wiadomo. I można jęczeć, że tych programów nie wygrywają najlepsi. Ale wait, wait, dlaczego mają wygrywać najlepsi? Czy jeśli chłopak, który najładniej śpiewa ma, na ten przykład, bogatych rodziców. To jak to wytłumaczysz ludziom, że wygrywa z tym biednym chłopcem, który pieszo chodził 10 km do Gminnego Ośrodka Kultury, no jak?

Zgadzam się na tę „nieuczciwość”, bo telewizja karmi się jednym prawem: Do you want good TV?, a my do. Chcemy, chcemy i skoro nawet skostniała Szansa na Sukces, wrzucała czasem dla podśmiechówku „kosmitów”, to jak możemy zabraniać to nowoczesnym formatom z zachodu. A że robimy to trochę gorzej? Że nasze jury jest może troche mniej charyzmatyczne, że w związku z tym ciężej nam przeboleć, że to oni mają być głównymi gwiazdami. Że może zbyt topornie ciosane są historie naszych uciśnionych bohaterów. Że product placement, a kiedy popija się polski napój gazowany to jakoś nachalniej to wygląda niż amerykańskie odpowiedniki siorbiącę coca-colą.
Ale to wszystko nic wobec tego, co w tym sezonie zaatakowało mnie w soboty o 20. A zaatakował mnie program, który zapowiadał się źle, acz intrygująco, a okazał się być złym bez żadnego epitetu. No może strasznie złym.

Przejdźmy więc do prawdziwego hejtowania, bo oto przed nami Mali Giganci. Podobno Mali Giganci mają swoją publiczność, ma być drugi sezon, podobno Polska obrodziła w dziecięce talenty, co zresztą nie dziwi, bo w tym, co zobaczyliśmy w pierwszej serii programu talentu to było ze świecą szukać. Więc nie dziwota, że podobnych kandydatów jest na pęczki.

Od razu zaznaczmy – ja nie hejtuję, bo martwię się o dzieci, które niechybnie doznają traumy, bo większość przegra. Tu akurat ufam zapewnieniom, że dzieciom jest właściwie wszystko jedno, bo są zmęczone, a i tak dostają prezent. I wierzę, że dzieciakowi jakoś przyjemniej z dużym prezentem na kolanach i u taty na kolanach niż na finałowej wycieczce do Paryża z Piotrem Rubikiem. Z Piotrem Rubikiem wytrzymać pewnie i można, ale jeśli chodzi o pozostałych uczestników, to nawet mając 8 lat wiedziałabym, że najbezpieczniej dla mojego zdrowia psychicznego będzie z nimi nie kolegować się, a już na pewno nie zwiedzać Disneylandu. Disneyland to przeżycie duchowe, dziecięce religijne uniesienie, a nikt już na pewno nie może Ci mówić jaki jest kierunek zwiedzania. I że kręcące się filiżanki są dla lamusów.

Dzieci, niestety, mogą dostać w spadku traumę zupełnie innego rodzaju – traumę błędnej diagnozy na temat własnego talentu.
Ej, Ania Ty hejterze, przecież tam są dzieci co ładnie tańczą. Są, to akurat grupa z nadreprezentacją zdolności okupionych zresztą ciężką pracą. Dzieci śpiewające przedstawiają się już dużo gorzej, o dzieciach showmanach wolę się nawet nie wypowiadać. Bo krytykowanie dzieci nie jest fajne. Jest coś zupełnie cudownego w dziecku, które gada za szybko i za bez sensu. I nie uważam, że trzeba to w dziecku zabijać. Ale targać tego biednego dzieciaka do telewizji i dawać mu przez kilka tygodni fałszywą papkę jurorską w stylu „jesteś urocza jak pierdzielisz od rzeczy”, to trochę świństwo. A do programu przecież zabierali dzieci rodzice, a ich motywacją nie było przecież to, żeby pacholę pojechało na wycieczkę do Disneylandu. To inwestycja, która zwraca się już po wycieczkach na casting.

Nie, nie, rodzice uznali, że dzieci wyskoczą na trampolinie sobotniej oglądalności. I wcale nie muszą być za to zaraz kamieniowani. W naszym smutnym świecie programy telewizyjne są platformą do sławy i nie ma w tym nic złego. Ja niestety tak do końca nie wierzę w wiarę rodziców. Bo widzicie, są rodzice głusi, ale są też rodzice trochę rozsądniejsi. Moja, na ten przykład mama, kiedy przybiegłam do domu z informacją, że wygrałam bieg na 60m i chyba będę olimpijczykiem, szybko zweryfikowała informację (wygrałam bo 3 inne dziewczyny się przewróciły) i raczej ostudziła mój zapał. Można? Można. I nie jestem w stanie uwierzyć, że wszyscy rodzice z Małych Gigantów święcie wierzą w niesamowity potencjał swoich dzieci. Chyba, że mówimy o potencjale do monetyzacji. Tak że ten, no.

Tutaj jeszcze mała uwaga: tak widziałam odcinek z chłopcem o literackim imieniu, który kosmicznie liczył. Kosmicznie też nie pasował do tego strasznego programu. I chociaż postawienie go w rzędzie z dziewczynką, której talent można było zachować raczej na u cioci na imieninach i powiedzenie „jesteś od niej gorszy” jest jakimś okropnym nieporozumieniem, to osobiście poczułam ulgę, że chociaż raz nie musieliśmy być karmieni czyjąś „dziwnością” i „odklejonością” (no bo jak myślicie, jakby super-chłopca pokazali w programie?) ku uciesze gawiedzi.

I może bym się nie obraziła na tyle, żeby obsmarowywać na blogu, gdyby program zaoferował cokolwiek poza fałszami dzieci. A tu tak – formuły nie skumałam przez dwa odcinki. Filip Chajzer, który nie potrafił ani szczególnie wejść w interakcję z dziećmi, ani szczególnie zainteresować nas swoją powyższą nieumiejętnością. Trenerzy, których wybierano chyba według klucza „elo, masz wolną wiosnę czy skaczesz do wody?”. Jurorzy, jurorzy, którzy bola szczególnie, bo przecież Wojewódzki to marka. Chylińska od wielu sezonów ratuje nudny Mam Talent, a Bujakiewicz jest miła, rozsądna i chodzi na Lecha pokazywać zdjęcie Reissa z przedszkola. I co z tego, skoro z ich imponującego ilorazu inteligencji pozostał smutny widok 3 mądrych ludzi łkających po przeciętnych występach i dających dziewiąteczki za niskich lotów dyskusję z nimi właśnie. Ała.
I nie wiem, nie wiem jak można to oglądać.

Tyle, że ja niewiele wiem o sukcesie. Prawdopodobnie najświetlejszym punktem mojego dzieciństwa była wygrana w gminnym konkursie matematycznym Głubczyn ’97. Mam ten spektakularny sukces na taśmie i lubię po wigilijnym stole z rodziną obejrzeć czasy, w których może mogłam zostać programistą. Niestety, potem przeczytałam Dostojewskiego i całe życie biograficzne oraz ambicje doczesne szlag trafił. A ja trafiłam przed telewizor. I o tym właśnie wam donoszę. I przykro mi, że moje lubiane sobotnio-wieczorne okno telewizyjne zostało zapełnione czymś czego nawet nie da się oglądać dla beki.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.