O wyższości wszystkiego innego nad polską telewizją. Odsłona 2.

Idąc za ciosem zadanym dawno już (obowiązkowy wstęp obiecujący poprawę), kontynuujemy sagę o polskiej telewizji.

Już w poprzednim wpisie jarałam się Agentem. A TVNowski Agent sprzed 15tu lat to książkowy przykład tragicznego konfliktu w polskiej produkcji telewizyjnej. Nie wiem czy pamiętacie, ale to był naprawdę dobrze zrealizowany i zmontowany show. Po amerykańsku holendersku. Niestety, ani uczestnicy ani widzowie świetności tego formatu nie dźwignęli. Podobno ci, którzy odpadali w pierwszym sezonie, miast jechać do domu i jeść obiad z rodziną koczowali na lotnisku żeby jak najszybciej dowiedzieć się kim była ta agentoświnia, która ich z gry wyeliminowała. A rzeczona agentoświnia czyli pani prawniczka Agnieszka wprost z lotniska wypełnionego wściekłymi (jak mniemam) przegranymi trafiła pod lincz opinii publicznej, która szybko uznała, że ludzie, którzy zgadzają się na bycie agentem nie mają za grosz kręgosłupa moralnego, a poza tym pewnie głosują na Platformę. A nie, wtedy jeszcze Platformy nie było, ale podmieńcie co tam najgorszego może opinia publiczna o Tobie powiedzieć. No, nie byliśmy gotowi na reality show, w którym wygrywa ktoś nie głosami telewidzów, ale własną grą.

Nie byliśmy i nadal nie jesteśmy bo ostały się u nas jedynie pojedyncze programy typu Project Runway, Masterchef czy Hell’s Kitchen, a zdążyliśmy telewizyjnie zabić takie tuzy rozrywki jak Survivor czy Top Model.

No właśnie, warto w kilku zdaniach podsumować totalne zło jakie objawiło nam się w postaci polskiej adaptacji Survivora, bo to od Survivora wszystko się zaczęło.
Wiecie jaki sezon Survivora leci obecnie w USA?
Trzydziesty.
I wygląda na to, że to nie koniec, program ma nieprawdopodobną oglądalność, wierną publiczność, a poza tym jest – nie bójmy się zabrzmieć dożynkowo – zajebisty. Naprawdę.

Wróćmy więc nad Wisłę i weźmy pod lupkę jednosezonowy eksperymentokoszmarek o nazwie Wyprawa Robinson. Piszę o tym, bo wydaje mi się, że naprawdę, naprawdę trudno jest spieprzyć coś co jest dobre. Wystarczy zrobić casting (oj z tym to dopiero mamy problem), wysłać ludzi na wyspę i zarobić hajs.

Nie, nie, nie. Jakiś polski producent uznał, że format amerykański należy poprawić. Dodajmy więc narratora, który będzie nam tłumaczył różne kwestie typu (bez krzty przesady) „plemię zielonych zamiast rozpalać ognisko woli sprzeczać się na plaży. Ciekawe jak wpłynie to na ich sytuację”. To teoretycznie program o „zwykłych ludziach pochodzących z różnych ścieżek życia” (tak, tłumaczę angielski na równie wysokim poziomie co piszę po polsku). No, w każdym razie, Amerykanie zaczęli eksperymentować z pół-celebrytami po dwudziestu udanych sezonach. Ale gdzie głupkom zza oceanu do nas. My w pierwszym sezonie wrzucamy pół-celebrytę znanego ze stosunków (u?) z wnuczką pewnego producenta filmowego, którego zamordowała pewna rodzina. The Rodzina. Czyli sytuacja jest mocno skompilikowana semantycznie, obyczajowo, a do tego jeszcze pół-celebryta ma ksywkę Ken. Ksywkę, którą to zrzuca po mickiewiczowsku przez jakieś 3 odcinki programu.

Jakby tego było mało – producenci Wyprawy Robinson zapomnieli chyba o najważniejszej zasadzie każdego programu typu reality. A zasadą tą jest „program powinien być albo o tym, o czym ma być, albo nie”. Tadam.
Rozumiecie – czy Mam Talent jest o talentach? Częściowo. Czy Top Chef jest o gotowaniu? Zdecydowanie. Czy Project Runway jest o projektowaniu? Koniecznie. Czy Survivor jest o przetrwaniu na bezludnej wyspie? Wcale nie.

Program powinien być albo o tym, o czym ma być, albo nie. To ma sens, obiecuję.

No właśnie, nasi producenci podchodzą do tej zasady z dużą dowolnością, niekoniecznie na polski rynek przekładając to, co sprawdziło się w USA.
Czasem im się udaje – tutaj należy wspomnieć solidnego polskiego Top Chefa (jeśli ktoś się jara gotowaniem, rzecz jasna, zresztą podobnie sprawa tego programu wygląda na rynku amerykańskim). Zazwyczaj jednak mamy bubę w postaci nudnej Wyprawy Robinson czy skandalicznie złego Project Runway.

No właśnie. Project Runway. Każdy kto czyta bloga Tobiasza Kujawy (a czytacie, prawda? czytajcie!) rozumie, że polska edycja to zło. Zło, bo projekty są mierne na ten przykład. Jako szczęśliwa posiadaczka maszyny do szycia i bardzo kontrowersyjnego gustu, który najkrócej można zawrzeć w słowach „chcę mieć Fiata Multiplę”, ogólnie to wiem, że szycie ładnych rzeczy zupełnie proste to nie jest. I podobno właściwie to ludzie wybierani do naszej ojczystej edycji Projectu Runway nie są najjaśniejszymi kredkami w fashionowym pudełku. Podobno nie są.
Ale nie zmienia to faktu, że największe kuku robi sobie produkcja programu jadącego na karuzeli z Anją Rubik i Tomaszem Ossolińskim na najsmutniejszych koniach. I na czele. Być może program z natury rozrywkowy i puszczany w środy wieczorem nie zasługuje na karkołomne metafory, ale takim widzom jak ja jest po ludzku przykro.

Po ludzku przykro droga telewizjo, że zamiast lekkiej acz sarkastycznej i w gruncie rzeczy ciepłej w serduszku rozrywki dostaję hybrydę nieudanego product placementu, autopromocji osób, które powinny się autopromować akurat odwrotnie, a do tego 30 minut ustawionych kłótni. Programowi Project Runway zawdzięczamy również okropnie niedobrą teorię, że „założyłabym to, więc jest ładne”. Ale ja ogólnie jestem strasznym hejterem teorii, że o gustach się nie dyskutuje, ładne jest to, co się komu podoba i innych tego typu wywodów, które mogą doprowadzić do tego, że ktoś kiedyś powie, że Dostojewski nie jest przykładowo prze. A jest prze, no przecież, że jest. A Project Runway nie jest.

A czemu piszę te wszystkie smuteczki? Bo wyszło nam 15 lat temu z Agentem? Otóż wychodzi nam nadal… częściowo. Są w polskiej telewizji programy dobrze wyprodukowane i zrealizowane, z Warsaw Shore na czele. I rozumiem, nie każdy musi być koneserem rozrywki spod znaku męża szukam, miłości szukam – tym bardziej oczekujmy tych lepszych czasów w polskiej telewizji, które – jak to nad Wisłą bywa z wieloma rzeczami, są ciągle jeszcze przed nami.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.