Oscary 2017 – to co w końcu warto obejrzeć?

Jak to na finiszu sezonu oskarowego bywa, wiele już wiadomo. Na czoło wysunęły się filmy-faworyci, opłakaliśmy skandalicznie-nienominowanych (#gdziejestAmy?), a tylko z tyłu podgryza stawkę jakiś czarny koń, no w tym roku to akurat raczej lew. Mamy więc w czołówce trzy filmy, o których przewagę jednego nad drugim, drugiego nad trzecim etc. wykłócamy się na blogach, grupach i spotkaniach towarzyskich. No to lecimy!

La La Land

La la land

Każdy mi świadkiem, że na LLL szłam bez większego entuzjazmu. Właściwie fajnie, słoneczna Kalifornia zajmuje szczególne miejsce w moim sercu i na mojej lewej kostce, Ryana Goslinga mam za o tyle niepowalającego (no sorry!) wizualnie, co utalentowanego, a w wojnie miłośników aktorek o imieniu Emma zawsze byłam #teamStone, a nie #teamWatson. Problem tkwił w tym, że ja z Oscarami jest często nie po drodze. Pamiętacie ten film, o którym wszyscy mówią, że to największa pomyłka Akademii? Otóż Miasto Gniewu uwielbiam. A faworyci ostatnich lat były dla mnie albo przeskalowane albo nieciekawe albo nieciekawie przeskalowane. Po cichu się przyznam też, że ani Big Shorta ani Spotlighta w końcu nie obejrzałam, taki ze mnie kinoman od siedmiu boleści.

I co? Okazało się, że po kilku latach kryzysu wychodzimy z Akademią na prostą, bo La La Land rozkochał mnie od pierwszej sceny. Ba! Od pierwszych taktów, i to nie tych spod ręki Justina Hurwitza, tylko starego dobrego Piotra Iljicza, bo zaczynanie filmów Czajkowskim to dobry sposób na spacyfikowanie takich małych sceptyków jak ja. I właśnie od pierwszej sceny film porwał mnie na jakieś 45 minut niesamowitej filmowej podróży. 45 minut, bo druga część filmu trochę nie dźwiga ciężaru fabularnego i oprócz perełek dostajemy też kilka nietrafionych kwestii czy dłużyzn. Ale – hej, jest też John Legen w roli semi-złego bohatera, więc i na końcówkę nie można narzekać.

W mojej zmaskulinizowanej pracy padło hasło, że to film, który może się podobać, ale dziewczynom. Oficjalnie więc oświadczam – docenienie pracy kamery, montażu, udźwiękowienia czy kostiumów jest płcio-neutralne. Docenienie filmu o filmie, Hollywoodu o Hollywoodzie, marzeń o marzeniach jest płcio-neutralne. Gust też jest płcio-neutralny, tak w ogóle. Więc nie marudzić i do kin. I płytkę kupcie, bo fantastycznie się stoi w korkach słuchając „Another day of sun”.

Moonlight

Moonlight

Moonlight jest przede wszystkim piękny. Turkusowy i różowy i w świetle tych neonów, komórek, księżyców. Zdjęcia, które są najlepszymi jakie w tym roku widziałam. Piękna ścieżka dźwiękowa. Wspaniała gra zespołu aktorów. I historia. Opowiedziana tak, że cały czas czekamy aż będzie bum. I nie ma bum, a na napisach dochodzimy do tego, że jednak trochę bum było, ale bardziej u nas niż u nich.

Znowu będzie o pracy (bo o filmach przy obiadku rozmawiamy dużo), a w pracy właśnie padło zdanie, że film był spoko, ale potem dwóch gości się zaczęło całować. I nie można uciec od tego typu komentarzy pod większością tekstów o filmie w polskiej sieci. Oświadczam więc – jeśli dwóch całujących się nastolatków wam przeszkadza, to nie zasługujecie na ten film. Na Anię w Kinie też nie zasługujecie więc idźcie sobie sio z mojego bloga!

Reżyserowi Moonlight wyszła ogromna sztuka – zrobić wielki film, o wielkich emocjach, który jest skromny i subtelny. Czy w świetle księżyca, czy w palącym słońcu Miami, czy w różowej knajpie czy na turkusowej plaży – jest moc.

Moim zdaniem – najlepszy film roku*.

Manchester by the Sea

Manchester by the sea

*No chyba, że Manchester.

Bo Manchester by the Sea, moi drodzy, to jest film od Moonlight zupełnie różny, chociaż i tu i tu jest wielka woda za oknami. I być może powiedziałabym, że to film roku, gdyby nie to, że Moonlight rozwalił mnie trochę bardziej swoim przekazem.

Tutaj, za to, wirtuozeria objawia się w przegenialnym scenariuszu. Mówię to wszystkim, zanim opowiem o tym, że piękna historia, że smutny Affleck, że szokujący zwrot akcji (nie, nie mówię jaki, nie jestem zwykłym bydlakiem!). Wyobraźcie sobie mnie – idę do jeżyckiego kina, na 21. Na film, który ma 150 minut. Następnego dnia muszę wstać i otworzyć przybytek pracowy o 8 rano. A moją jedyną nadzieją na rozrywkę w ciągu tych 150 minut jest fakt, że gra Kyle Chandler (fani FNL łączcie się!), który, co wiem z materiałów prasowych, na dzień dobry umiera.

Tymczasem – dostaję film, który nie nudzi się przez sekundę, w którym nie ma niepotrzebnego zdania. Precyzja, której często brakuje w krótkich metrażach, co dopiero w ponad dwugodzinnych filmach. Po seansie wzięłam i przeczytałam scenariusz i jest faktycznie tak genialny jak to co zobaczyliśmy na ekranie (nooo, poza akcją #łokieć, przed którą się ostatecznie opamiętano – na całe szczęście). Scenariusz do przeczytania tutaj.

Oprócz scenariusza, w filmie można pozachwycać się też oszczędną kiedy trzeba grą aktorską, takimi samymi zdjęciami i muzyką. Ale uwierzcie, kiedy wszystko wali się (i pali), to i gra aktorska i zdjęcia i muzyka dają nam do zrozumienia, że właśnie tak ma być. Naprawdę. Ucz się Europo, bo dawno nie widziałam mocnego obyczaju, na którym nie ziewałam. Zwłaszcza o 21.

To jak, gotowi na Oscary? Mnie spoilery nie psują przyjemności oglądania więc ceremonię odtworzę dopiero jutro (wyspana!). A jeśli potrzebujecie przyjemności oglądania filmów, to powyższa trójka zapewni wam różne tej przyjemności odcienie. Dobry rok, mili państwo, oj dobry.

Tak słowem końcowym to też wiszę wam wytłumaczenie czemu tak mało Ani w Ani (w Kinie). Otóż szykuje się mały remanent, z którego wyjdziemy z nową nazwą, trochę szerszym profilem działalności i, mam nadzieje, starymi czytelnikami też. Dam znać, zobaczycie co myślicie.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.