Ostatnia Rodzina

Widzicie, to może trochę upiorne (co w zasadzie bardzo pasuje do klanu Beksińskich), ale muszę się przyznać, że śmierć Zdzisława przypadła w bardzo dogodnym dla mnie momencie. Miałam wtedy 16 lat i jako mieszkance niewielkiej Krajenki, zgłębiającej archiwalne strony programu 997, nie była mi obca ani poetyka zadupia, ani nekrozajawki. Więc i ten Sanok, i te obrazy i tego nieszczęśliwego Tomko-Zdziska wzięłam z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Co za tym idzie, na film byłam przygotowana, przeczytana, a obrazy Beksińskie w Sanoku oglądałam z bliska ledwie 4 miesiące temu. Trudno mi więc nie oceniać filmu z perspektywy kogoś, kto wie czemu to ważne, że mama-Beksińska podaje synowi-Beksińskiemu ketchup. Ale spróbujmy na chwilę postawić się w sytuacji, w której idziemy na film o nieznanych ludziach, w którym gra ten miły niepełnosprawny chłopiec z filmu Pieprzycy i ten znany polski aktor z Francji, i w zasadzie nic więcej nie wiemy.

W takiej, moi drodzy, sytuacji pozostaje nam dziękować twórcom za planszę „dzień dobry, to jest na faktach”, bo inaczej musielibyśmy spojrzeć na nich i powiedzieć „ej, bez przesady”. Gdyby to była historia od początku do końca wymyślona, to oskarżylibyśmy pewnie scenarzystę o zbyt dużą swobodę w korzystaniu z nieszczęść tych przyziemnych i tych przy lądowaniu awaryjnym. No, ale wiemy – wiemy, że tak właściwie to było. I tutaj od poduszki powietrznej, której twórcom zazdrościmy bo historia sama się pisze, dochodzimy do twórczej przeszkody, którą i Bolesto i Matuszyński przeskoczyli zgrabnie – można było tę piękną historię bardzo skutecznie zapiaszczyć. Niektórzy narzekają, że za mało w Ostatniej Rodzinie malarstwa Beksińskiego. A czujecie ten piach gdyby Zdzisek malował jeszcze więcej, przy jeszcze dramatyczniejszej muzyce, jeszcze sepleniejszym Tomku i jeszcze umierajszych kobietach domu? Przy całej karuzeli emocji i wrażeń, jaką fundują nam autorzy filmu, i tak musimy poczuć, że umiejętnie zatrzymywali się przed linią groteski, baroku i ważności.

Bo to chyba mi się w filmie podoba najbardziej. To, że czujemy, że rozmawiamy o Ważnych Sprawach, ale nikt nam Ważnych Spraw nie wciska w gardło i nie wiesza nad głową na chorągwi. Nie leżymy przed Wielkimi Ludźmi, bo nie musimy skoro Wielcy Ludzie jedzą paprykarz. I jasne, można użyć argumentu, o którym głośno mówią niektórzy – rodzinę Beksińskich odbito stemplem, na którym część rzeczy jest wyraźnych, a część trzeba było dorysować. I tak, Tomasz Beksiński Dawida Ogrodnika nie jest dokładnie Tomaszem Beksińskim z, chociażby, Dziennika zapowiedzianej śmierci, ale tak szczerze – trudno odebrać autorom prawa do autorskiej dystrybucji tuszu na stempelku. I tak – widzowie pewnie chętniej kupią Tomka-wariata, którego sukcesem było granie na szkolnej dyskotece, niż Tomka-poważnego-dziennikarza i być może jego powrót do publicznej świadomości nie jest najbardziej pozytywnym z powrotów. Tak czy owak, powodów do rozdzierania szat nie zanotowano.

Rozdziera trochę co innego. Odliczamy z Matuszyńskim pięciu murzynków, aż, jak to z pięcioma i dziesięcioma murzynkami bywa – nie był już nikogo. Na papierze – to już wystarczy, żeby było smutno. Na taśmie – Matuszyński umiejętnie dawkuje emocje, których największe ilości nie mieszczą się w świetle gromnic, a w pralkowym pojemniku na proszek. Tych, którzy historię znają z pewnością uderzą detale, które jak czechowowskie strzelby przewijają się od początku filmu, tak jak wspomniany keczup czy ten miły chłopiec, który tak dzielnie pracuje u boku taty-majstra. Rozpoznamy też niesamowicie bliską „oryginalnej” scenografię ze słynną sanocką klepsydrą na czele.

O aktorstwie w Ostatniej Rodzinie powiedziano (nagrodami) już sporo, więc pozwolę sobie tylko potwierdzić, że tak – świetnie, a Konieczna odkrycie i rozdziera. Ale nagrodę Ani w kinie za zrobienie roboty dostaje, ktoś kogo już chwaliłam przy okazji Hardkor Disko, czyli Kacper Fertacz. Zdjęcia są uważne, przemyślane, pomagające nie zrobić ani patetycznej laurki, ani przeklętej krypty. Można długo opowiadać o zdjęciach, a to w drzwiach, a to w windzie, a to w korytarzach (słowo-klucz: karnawał!), ale ile można o Dostojewskim. Na koniec – super, że żyjemy w czasach, w których blokowisko z CGI wygląda tak, że siedziałam w kinie i myślałam gdzie oni na tym Ursynowie niedokończone bloki znaleźli.

Radzić by iść raczej nie muszę, bo i tak pójdziecie. Ale przynajmniej wiecie co myślę.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.