Pakt – recenzja

Zaczyna się co najmniej intrygująco. Nie Pakt, chociaż to też. Wiadomości, szepty i entuzjastyczne okrzyki o seriale, nazwijmy to zjawisko Opakciem. Opakcie rozwija się w sposób bezprecedensowy w mojej pracy. A nie pracuję sobie jak wykształcenie i przeznaczenie by kazało w szkole, tylko w komputerach. Otaczają mnie ludzie, którzy w dupie mają problemy świata nieprogramistycznego, trwożne zapytania o losy internetu kwitując jednoznacznym „u mnie działa”.

I ci właśnie ludzie zaczęli nagle rozmawiać o polskim serialu. O. Polskim. Serialu. Niewiarygodne. Oczywiście, Opakcie zaczęło się trochę wcześniej, bo jeszcze wiosną świat ujrzały zręczne zajawki, z których wynikało, że ma być sztos i Dorociński dla odmiany będzie smutny i w ogóle. Ale zajawki swoje, życie swoje. Tymczasem wychodzi na to, że pół Polski ogląda Pakt, a łatwe to nie jest bo musisz mieć albo HBO, albo mieć HBO Go, albo nie mieć sumienia i czynić rzeczy niewybaczalne. Opakcie zataczało coraz szersze kręgi, aż w końcu zatoczyło się i do mnie. 6 odcinków, miniserialowa klasyka – w sam raz. Opakcie rosło w siłę aż do piątego z nich, po którym zaczęła się ogólnonarodowa spekulacja na temat tego, kto jest zły. Kiedy HBO puściło nam odcinek szósty, Opakcianie zgodnie uznali, że jednak słabo, zepsuli, Beata skasowała. Czy było aż tak dobrze, a potem aż tak źle? Kto ma wam odpowiedzieć na to pytanie jak nie ja.

No to biorę i odpowiadam. Owszem było dobrze, a potem było źle. Ale zacznijmy może od powodów, dla których branża IT zwariowała. Po pierwsze, Pakt jest piękny. PIĘKNY. To, że Paweł Flis wspaniale foci Warszawę wiemy już od Chrztu, ale tutaj powstała prawdziwa operatorska magia. Wiecie, o polskich filmach mówi się, że są ciemne i nic nie słychać. Tutaj zastosowanie ma tylko ten drugi argument. Flis robi robotę i w pejzażach i w akcji i po ciemku.

Po drugie, historia opowiedziana w Pakcie to miks najgorętszych kodów kulturowych. Takie Biesy dla początkujących, bo dla atrakcyjności dodano nam jeszcze zagadkę kryminalną. Jest dająca po twarzy symbolika religijna, jest ogień, jest trochę marionetkowej władzy. I to wszystko piękne, ładne, zresztą największym błędem serialu jest właśnie wspomniana zagadka kryminalna, bo nie jest ani najwyższych lotów ani dobrych twórczych intencji.

Jest taka nieco prymitywna metoda pokazywania nam „tego złego”, która polega na tym, że to musi być osoba, której się najmniej spodziewasz. Z metody tej korzysta chociażby Scooby Doo, korzysta z niej również Pakt. Metoda ta jest prymitywna, bo jest fatalnie prosta i nie wymaga niczego poza zaskoczeniem widza.

I TU ZACZNIEMY TROCHĘ ZDRADZAĆ ZAKOŃCZENIE
W przypadku Paktu, w ten sposób poleciało nam na łeb na szyje całe zakończenie serialu. Do tej pory wszystko było koronkowo, teraz trwa kulminacja, zabijają nam jednego podejrzanego, drugiego podejrzanego, a nagle – o moi drodzy widzowie, naszym królem zła jest tu ten pan, którego możecie kojarzyć z jakiegoś tam odcinka. I co, zatkało kakao drogi widzu? Pewnie myślałeś, że Fronczewski będzie mistrzem zbrodni? Pewnie się spodziewałeś, że premier? Nie, nie, nie – widzisz zaskoczyliśmy Cię, ha! Brawo my!

Sam fakt, że ostatni odcinek serialu sprowadza się do gry w Bingo z twórcami w to, kto okaże się głównym wrednym dziadem, jest cokolwiek niedobre. Bo cała intryga filmu, głęboka, symboliczna, z potencjałem na równie głęboką końcówkę spłyca się nam to jedynego fajerwerka-zaskoczenia. W tym przypadku zresztą raczej biednej petardy-zapałki za pisiont groszy. Bo twórców przestaje interesować: dlaczego? jak? od kiedy? Dają nam tylko: kto? A szczerze mówiąc, twarz zła była tutaj najmniej istotna. I tak, rozumiem teorię, wg której winne były „służby”, a każdy bohater na ekranie to jedynie ich pionek i serdecznie pozdrawiam Patryka Vegę, który chyba specjalnie zalogował się na Filmwebie żeby to napisać.
I TU JUŻ PRZESTANIEMY ZDRADZAĆ COKOLWIEK

Ale wcześniejsze pięć odcinków moi drodzy, to już (prawie) zupełnie inna historia. Intryga jest szybka, jest nieoczywista. Serial jest dobrze obsadzony, dialogi się kleją, niesamowite rzeczy jak na polską sztukę serialową. Oczywiście, można się czepiać tego, że pani główny haker CBŚ pisze na klawiaturze jednym palcem i potrafi włamać się na każdy komputer na świecie (a wiecie skąd wiadomo, że się włamała? Bo na pulpicie włamywanego pojawiają się półprzezroczyste okna dialogowe, najpewniejszy znak!) Można powiedzieć, że skoro zatrudniasz w filmie Mecwaldowskiego to chociaż wypada dać mu coś zagrać. Można narzekać na nużący schemat nieudanych czynności i tuż-tuż ucieczek Dorocińskiego. Można narzekać, ale to i tak najlepszy polski serial ostatnich lat. I pojawił się w nim Rafał Maćkowiak. Polska kinematografio i serialografio sięgajże po Rafała częściej!

Mam nadzieję, że drugiego sezonu nie będzie, bo nie sposób nie odnieść wrażenia, że po tym całym ogniu, dymie i latających papierach nie pozostało wiele do wyciśnięcia sensownej fabuły. I pozostanie Pakt w pamięci jako solidna historia, której ostatni rozdział pisał pan (no, tu akurat zdaje się Pani pisała) od streszczeń lektur szkolnych. Ale skoro True Detective może polec na czymś takim, a i tak być wychwalanym przez miliony (to nie ja, obiecuję!), to i True Pakt może.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.