Pitbull. Niebezpieczne Kobiety.

Niech pierwszy rzuci kamieniem komentem, ten który nigdy nie bywa Sebą. Albo Andżelą. Albo Teresą od dzieciątka Janusz. Kto nigdy nie wypił piwa pod blokiem, albo nie zawinął nóżki do „Żono moja” na weselu. Kto nie rozsiadł się z kaszanką na plastikowym krzesełku przy grillu i nie zakrzyknął nigdy „jeeeeeest” do spoconych panów na zielonej trawce w technikolorze. Kto z czystym sumieniem tylko ą, ę, a Pitbull ortodoksyjnie bo tylko pierwsza część i tylko dla montażu, ten nie zazna na nowym Pitbullu szczęścia, a w poniższej recenzji sensu. Bo dziś, moi drodzy, o tym, że wszyscy jesteśmy Sebixami i, że to nie zawsze wystarcza.

A więc: wszyscy jesteśmy Sebixami ponieważ nowy Pitbull to film, w czasie którego można się całkiem nieźle bawić. Ba! Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że to kino zrobione z całkiem niepolskich rozmachem (chociaż dron mógłby czasem posiedzieć w garażu, ile można!). W dodatku muszę powiedzieć, że w przeciwieństwie do poprzedniej części, w tej wszystko słychać! Technikalia się zgadzają, jest nawet mniej naturszczyków mówiących po przedszkolnemu niż to zazwyczaj u Vegi bywa (niektórzy twierdzą, że Bachleda-Curuś należy do tej grupy, ale nie jest wcale najgorzej).

Temat obsady to zresztą ta część opinii o filmie, która każe twórców chwalić. Oprócz sprawdzonych strzałów z zeszłorocznej odsłony Pitbulla, mamy tutaj kilka nowych twarzy. Tytułowe niebezpieczne kobiety to z jednej strony naprawdę charyzmatyczna Kulig (to „naprawdę” to dla tych, którzy w to nie wierzą), z drugiej ciekawie napisana Dereszowska, a z trzeciej niedoceniona czasem ekranowym w tym filmie Somalia-Cielecka. Z czwartej jest jeszcze wspomniana Bachleda-Curuś, która ogrywa rolę na 4 minach, ale nie powoduje bólu zębów. Całkiem długa lista płac nowych aktorów w Pitbullu to też Żmijewski czy Fabijański, który stał się naczelnym Bad Guyem polskiego kina. Ale, ale! Powróćmy to sprawdzonych twarzy, bo tutaj jest pogrzebany powód, dla którego nowy film Vegi cieszy przez 80 minut żeby rozczarowywać przez całą (wcale niemałą!) resztę.

Otóż Patryk Vega jest świadomym demografem. Doskonale wie dla kogo robi film. I podejrzewam, że w nosie ma to, że ja wychodzę z Pitbulla raczej wynudzona przeciągniętą kiepskimi żartami końcówką, skoro za mną idzie Seba i mówi do kolegi-Alana, że „najlepsze było jak się Strachu pojawił”. Więc Vega-demograf wie. Wie, że musi wrzucić w film więcej Ostaszewskiej, bo widownia Vegi kocha Ostaszewską (nie-widownia też, zaręczam!). Wie też, niestety, że widownia kocha Tomka i jego kark. Jak na zawołanie dostajemy więc feerię żartów oderwanych od sensu fabularnego, ale przylgniętych do gustu filmowego widzów. Być może właśnie o to w robieniu filmów chodzi.

Co z głównym wątkiem? Jest przegięty, jak to u Vegi bywa. Niby mamy ciekawy temat (zgrabnie objaśniona mafia paliwowa), kilka ciekawych twistów fabularnych i ogólny przepis na dobry film sensacyjny. Ale twórcy mało! Mało, więc dorzuca chociażby węża, który (i tu przepraszam, napomknę tylko że z kiepsko zrobionym efektem) zjada psa. Bo dla psa zabrakło miejsca w scenariuszu. Twórcy mało też w przypadku głównego bohatera, odgrywanego przez Fabijańskiego Cukra. Cukier ów, od początku ostrzykuje się insuliną (ale nie martwcie się, Vega zna swoją widownie, więc wytłumaczy nam jeszcze dla pewności, że to oznacza, że ma cukrzycę i stąd przezwisko) i stanowi dziwacznego, ale właściwie-dlaczego-by-nie szwarccharaktera. MAŁO, zakrzyknął pan Patryk. MAŁO! Dorzućmy mu wspomnianego pytona psozjada i dziwną relację z mamusią. Dorzućmy bezsensowny wątek penitencjarny (tu transakcja wiązana, bo przy okazji mógł się pojawić Oświeciński). Doprawmy niesatysfakcjonującym zakończeniem – et voilà, mamy Pitbull: Niebezpieczne Kobiety.

Podsumowując: pójdziecie, pośmiejecie się, pomęczycie się momentami, a na wspomnienie Ostaszewskiej jeszcze uśmiechniecie się po seansie. Nie pójdziecie, to i tak pęknie bańka we frekwencji, więc pan Patryk chyba się nie pogniewa tak czy owak.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.