Pitbull. Nowe Porządki – Recenzja

Znowu to zrobiłam. Poszłam do kina w środę. Nie zdziwcie się więc, że moja recenzja przepuszczona jest przez jakąś setkę ludzi w głos śmiejących się nad każdą „kurwą”, która padła z ekranu. W przeciwieństwie do Córek Dancingu, Pitbull został przez moich współoglądających przyjęty owacjami. Czyli ja powinnam pewnie hejtować. Nie hejtuję, bo dostałam od Patryka Vegi dokładnie to, po co przyszłam.

Na początek małe wyznanie, być może dla podwójnego filologa wstydliwe – na moim stoliku nocnym leżą „Złe Psy”, czyli książka Vegi, która, jak się okazało jest również rozczłonkowanym scenariuszem filmu. Tym samym, film miałam efektywnie zespoilerowany, co mi, rzecz jasna, pasuje, ale wielu ludzi mocno zdenerwowało. Uspokajam – to nie jest film, w którym czeka na was jakiś niesamowity zwrot akcji, królik z kapelusza ani nawet Krzysztof Stroiński jako Metyl (to akurat smutne). Co to oznacza? Ano to, że od początku wiadomo jak to się skończy, o co chodzi i nawet jeśli nie kojarzycie szczegółów reporterskich z literackiej kariery Vegi, to i tak nie będzie trudno wam zorientować się do czego to wszystko zmierza. Czy to źle? Nie, to nie jest źle, chociaż dzięki temu ujawnia się też największa słabość fabularna filmu – puzzle scenariuszowe nie zawsze do siebie pasują, a chęć zrobienia jednej historii z historii dziesięciu kończy się jak się kończy. Hybrydowo, mozaikowo, momentami bez sensu.

Czyli co udało się najlepiej? Stosunek oczekiwań do rezultatu. Po co idziesz na Pitbulla? Po górkę przekleństw, szybką akcję i dalszy ciąg Vegańskiego mitu „dobrego psa”. W bonusie dostajesz jeszcze całkiem sprawną stronę techniczną i robota z Politechniki Poznańskiej. Jeśli satysfakcjonuje Cię taki zestaw to nie masz zastrzeżeń, bo i skąd? Ot, troszkę scenariusz zmacerowany, żaden wielki grzech, pamiętacie jakie cuda na Służbach Specjalnych były? A tu cudów nie ma chyba chyba, że cudownym zbiegiem okoliczności jest to, że na filmie można obejrzeć nasze poznańskie Wichrowe Wzgórze, kibole Lecha to straszne chuligany, a pola kukurydzy w Wielkopolsce mają się dobrze. To znaczy jedno z nich już nie.

Miłym (i częściowym) zaskoczeniem jest to, że Pitbull jest naprawdę dobrze zagrany. Wiadomo – jest zgraja naturszczyków z kto-ty-jesteś-polak-mały intonacją, ale poza tym jest spoko. Spoko bardzo. Mamy oto takiego Piotra Stramowskiego, na którego nie takich znowu wątłych barkach spoczął ciężar pociągnięcia narodowego niezadowolenia z faktu, że Dorociński/Despero już nie. I spisuje się zupełnie wiarygodnie i całkiem skurczysyńsko glebuje tych wszystkich złych panów. Czy robiłabym kanapki z ogórkiem? Pewnie nie, ale nie do końca nie rozumiem tych, którzy by. Z drugiej strony mamy Grabowskiego, o którym bardzo bym chciała powiedzieć, że nie do końca, że nie rozumiem, bo kilka dni przed seansem Pitbulla na moich oczach pan Grabowski zmasakrował Demona i było mi przykro. Nie mogę, niestety, nic złego powiedzieć bo pan może i nie rozumie i nie docenia talentu Marcina Wrony, ale pan gra. Solidnie.

Linda? Linda is back, z eleganckim jachtem, zmieniającymi się rejestracjami i ocieplonym przez niepełnosprawne dziecko wizerunkiem. Krzysztof Czeczot, cudowne dziecko śląskiej kinematografii wreszcie może sobie pograć, a kiedy może sobie pograć to pokazuje, że (sobie) pograć potrafi.
Tutaj jeszcze mały hejcik na naprawdę nieśmieszne uwagi bohatera Stracha, chociaż hejcik mniejszościowy, bo Filmweb pieje z zachwytu nad komediowym kunsztem.
Ale, ale – prawdziwymi perełkami aktorskimi filmu są panie. Pani Dygant, intensywna, przerażająca, odklejona. I pani Ostaszewska (też kilka dni po podziwianiu jej w biegunowo innej roli u Szumowskiej), która robi robotę jak stąd na Mokotów.

Pitbull. Nowe Porządki to jest film dla kilku grup ludzi. Dla panów, którzy chcą na zakładzie zaświecić nomenklaturą policyjną. Dla pań, którym brzydkie tatuaże nie przeszkadzają (szanujcie się, dziewczyny!) i kroiłyby ogórka na kanapki. I dla tych, którzy poszli do kina na Vegę. Ot, tyle. Mi wystarcza, w ogóle się nie gniewam, a mój wewnętrzny kujon jara się robotkiem Proteusem (i trochę też brzydkimi tatuażami).

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.