Film „Słaba Płeć?” – Recenzja

Jestem daleka od obrażania się na filmowców tylko dlatego, że traktują medium filmowe jako sposób na pokazanie tłumom, że kobieta to w gruncie rzeczy też człowiek. I faktycznie, bycie puchem marnym udowadnia chociażby to, że w przypływie radości z pierwszego śniegu wgramoliłam się dziś na nasyp Poznańskiego Szybkiego Tramwaju, z którego nie umiałam zejść w nieprofesjonalnych adidaskach. I gdyby nie brawurowa akcja ratunkowa, polegająca na usunięciu pokrywy śnieżnej ze ścieżki, to tkwiłabym na nasypie do wiosny i machała ludziom w niskopodłogowych szesnastkach. Słaba Płeć? Ewidentnie. Jednak nowy film Krzysztofa Langa bierze i słabą płeć i korpo i Warszawkę i co tam jeszcze macie, a potem masakruje je na ekranie w sposób o tyle skuteczny, co mało widowiskowy.

Pamiętacie piosenkę o CPNie? Ja pamiętam, bo ją śpiewałam na występach w szkole podstawowej w Krajence. Leciało to tak:
„Różne światła, różne znaki trzeba znać.
Trzeba wiedzieć kiedy jechać, kiedy stać.
Bardzo trudno być kierowcą, lecz ja mówię wszystkim chłopcom,
że kierowcą, że kierowcą muszę kiedyś być!”
I mniej więcej o tym jest „Słaba Płeć?”. Że tak strasznie w tym mordorze na Domaniewskiej, a jeśli jesteś kobietą, to już w ogóle. Bo musisz unikać oszukujących taksówkarzy, bo szef Cię próbuje załatwić na szaro, bo obrzydliwie bogaty kochanek chce się do Ciebie wprowadzić. Jedynym wybawieniem w tym męskim świecie okazuje się rustykalny stolarz z bardzo drogim samochodem (ale to nie jest fabularny problem, bo przecież to #replika). Nasza bohaterka, w teorii silna i niezależna, raz za razem pokazuje nam, że oj jak ciężko jest mieć jajniki i żyć na tym świecie, tyle trudnych spraw, wyborów i dylematów. Przy czym wszystkie te sprawy, wybory i dylematy sprowadzają się do przedszkolnego dyskursu piosenki, w której „różne światła, różne znaki trzeba znać”, a przede wszystkim tego, że faceci to świnie (chyba, że stolarze, to wtedy nie), a potencjalnie prawdziwy problem psiej choroby twórcy filmu sprowadzają do krytyki weterynarza-mężczyzny, który bierze hajs za leczenie psa, a powinien przecież z dobroci serca.

Uff, popastwiliśmy się nad ogólnym zamysłem filmu, to może teraz przejdźmy do szczegółów. Rzecz dzieje się w korpo i, jak to zwykle w polskim filmie bywa, korpo jest miejscem, przy którym Dom Zły jest wymarzoną destynacją wakacyjną. I, ojeju, jakie to głupie. Uwierzcie lub nie, drodzy filmowcy. Korpo nie jest złe. Korpo ma korpo lengłydż, ma laski, które robią karierę przez łóżko i ma nie za mądrych szefów, którzy brak kompetencji zasłaniają nadmiarem pewności siebie. I w tym korpo nie różni się wiele od właściwie każdego innego miejsca pracy. Co więcej, drodzy filmowcy – w korpo ludzie robią dobre hajsy (jak zrobią dobre targety), a do tego wielu z nich jest naprawdę szczęśliwych. Więc tak, korpo nie jest dla wszystkich i jest coś uroczego w toposie homo corpopierdolus, który rzucił wszystko i pasie biokury na biofarmie, ale, na Boga!, opanujmy się z powielaniem go w każdym filmie.

Co mamy oprócz korpo? Słoiki, a jakże, bo przecież słoiki mają tylko aspirujący korpopoddani z mazurskich miejscowości i to mówi tak wiele o człowieku. Do tego Hermèsopodobną torebkę, przez którą nasza bohaterka „dwa lata jadła tylko sałatki”. Do tego mamę lekarza z Morąga, która bez problemu łyka kilkuletnią ściemę o nowym wielkim mieszkaniu na Wilanowie (za gotówkę mamo, stać mnie, w końcu Wawka, kredyty są dla ludzi spoza korpo). Jest pies, który, jak wszystko co dobre, znika nam w końcu z ekranu. No, może nie wszystko co dobre, bo trudno odmówić uroczości Zofii Zborowskiej z tato-Dziędzielem – chociaż oryginalności scenariuszowej już nie, bo Zborowska z tato-Dziędzielem urzędują w gastroświecie bielonych palet i wegańskich soków w słoikach.

Niby obsada właśnie próbuje nam zrekompensować stracony czas – Olga Bołądź wzbudza u mnie zawsze ogromną sympatię (chociaż tutaj wielkiej roli nie gra), niedobra przyjaciółka Marieta Żukowska jest wredna jak należy, a o Piotrze Głowackim należy mówić, albo dobrze albo wcale, a tu mówimy (dobrze). Nieco drewniany (w końcu stolarz, hehe) jest Marcin Korcz, ale nie można wykluczyć, że ktoś na planie zapomniał mu to powiedzieć. Nie można wykluczyć, bo wedle wszelkiego prawdopodobieństwa na planie istniała radosna atmosfera poczucia stworzenia nowej Erin Brockovich i położenia kamienia milowego w rozwoju kobiecego samozadowolenia w Polsce. To się nie stało, z hukiem się nie stało, a czy udało się stworzyć komedię romantyczną jakich brakuje?

Nie udało się – chociaż na tym samym wdechu dorzucę, że pomimo femino-korpo-koszmarków ogląda się to-to bez bólu zębów, a ja naprawdę rozumiem co to ból zębów i ból duszy na samą myśl, że już niedługo czas na usunięcie kolejnych zatrzymanych ósemek. I może trochę głupio tak się pastwić, ale naprawdę nikt się nie spodziewał hejtu po zrobieniu kolejnej komedii romantycznej z białym plakatem i szklaną Warszawą w tle? Ja bym się spodziewała.

About Ania Kitowska

Autorka opinii przyjmowanych przez aklamację i samozwańczy zbawca frekwencji na polskich filmach.